Liebster Blog Award #9



Wiem, że coś ostatnio u mnie cicho, ale ludzie... ja Wam mówię: jestem w szkole nawet w soboty! Co prawda mam przygotowane posty, ale bez poprawek ich opublikować nie mogę. Cóż, teraz na szybko skleciłam kolejne odpowiedzi do Liebster Blog Award. Za nominację dziękuję Autorce bloga Dywagacje nas herbatą, który jest naprawdę wspaniały. Serdecznie go Wam polecam, szczególnie za treść.
  1. Jaki gatunek herbaty lubisz najbardziej? (jeżeli nie lubisz herby to podaj nazwę ulubionego napoju)
    Najbardziej lubię zieloną herbatę. Koniecznie liściastą. Jej dwie super funkcje wykorzystuję bardzo często: uspokajam się albo pobudzam. Dodatkowo uwielbiam jej smak. Skutecznie zabija pragnienie. I ma wiele innych dobroczynnych działań, ale to nie ten blog. 
  2. Wolisz korzystać z komputera stacjonarnego, laptopa, chipu NWO, tabletu czy telefonu?
    Muszę korzystać z komputera stacjonarnego, bo trzeba ćwiczyć do szkoły takie różne dziwne działania. Czy wolę? W sumie tak, bo uwielbiam pisać na klawiaturze. Dwoma palcami... Po prostu lubię. Jednakże do łóżka tego wielkiego urządzenia nie zaciągnę (ta dwuznaczność), więc zostaje tablet i telefon, z czego tablet jest lepszy, bo lepiej się filmy ogląda. 
  3. Nadchodzi Apokalipsa. Jedyną Twoją szansą na przeżycie jest wyrecytowanie zaklęcia. Jakie zdanie pierwsze przychodzi Ci do głowy?
    Mam złe przeczucia. Spanikowałam. Tylko to przyszło mi do głowy. Można się śmiać.
  4. Sauron oferowuje Ci pierścień. Czy bierzesz? I dlaczego tak/nie?
    Po pierwsze Saurona nie lubię, gdyż jest... chciałam brzydko powiedzieć, ale że jest słabiakiem wystarczy. Dlatego nic od niego nie przyjmę. Po drugie nie lubię nosić żadnych pierścionków. Nawet na łańcuszku na szyi. I niech nigdy więcej nie dotyka biednych, małych Hobbitów!
    Zabrzmiało jakbym do tego jeszcze tupnęła nogą. Spokojnie, jestem opanowana. 
  5. Pomykasz po domu w domowym obuwiu (typu kapeć), czy boso?
    W lato to ja nawet po świecie biegam bez butów. W zimę kapeć obowiązkowy. Z bawełnianą skarpetą. 
  6. Czerwona czy niebieska pigułka?
    Moje oglądanie Matrixa (jeśli do tego jest odniesienie) było bardzo... urywane, więc nie do końca ogarniam, ale lubię czerwony. Niech moje preferencje będę przewodnikiem. Czerwona. Co wygrałam? 
  7. Wolisz być Jedi czy Sithem? Dlaczego?
    No i tu zaczyna się największa rozkmina życia. Gdybym była Sithem, to miałabym te wszystkie wypasione miecze. Do tego czerwone. Ogólnie to nie robiłabym nic poza myśleniem o tym jak tu zawładnąć wszechświatem. co mogłoby mi się w końcu znudzić. Gdybym była Jedi, to dyscypliny po uszy, ale za to przygody i adrenalina gwarantowane. Zawsze zasady można łamać, ale to nie po dżedajowemu... Temat pozostanie otwarty. 
  8. Przenosisz się do fantastycznego świata i możesz wybrać jeden przedmiot, który zabierzesz ze sobą. Co to będzie?
    Pewnie trzeba pomyśleć nad czymś użytecznym. Mogą nie mieć prądu. Po przeczytaniu Robinsona Cruzoe uświadomiłam sobie, do ilu rzeczy potrzebny jest zwykły nóż. Dlatego też znalazłabym porządny nóż. 
  9. Glorfindel czy Arwen?
    Oczywiście, że Arwen. Dziewczyny górą! 
  10. Czy oczekiwałeś/aś na list z Hogwartu mając 11 lat? (Dla starszych: czy czekałeś/aś na Gandalfa w 33 urodziny?)
    Nie, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieje takie coś jak Harry Potter i Hogwart, ale nawet jak się dowiedziałam, to nie przyszło mi do głowy, żeby czekać na list. Może mam za mało wyobraźni, albo jestem zbyt wielką realistką. Żeby nie było: od dziś czekam na list z Hogwartu. 
  11. Mężczyzna w kapeluszu z napisem „Maggus” wpada na Ciebie na ulicy. Co robisz?
    Mówię, że fajny kapelusz i idę na kebaba. 

Pytania i nominację tym razem sobie daruje. W każdym razie mam mnóstwo pomysłów na inne posty, a nawet nowy obiektyw, więc chętniej będę dodawać zdjęcia mojego autorstwa. Będzie jeszcze bardziej po mojemu.

Pozdrawiam :)
Zobacz więcej >

Nie można pisać o muzyce


Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że muzyka nie jest do opisywania, tylko do słuchania. Tylko i wyłącznie. Samo zauważenie, że ta piosenka mi się podoba, jest jej scharakteryzowaniem, bo skoro tak uznałam, to znaczy, że mogę ją też określić przymiotnikami. Wspaniała. Świetna. Interesująca. Wzruszająca. Czy to ma w ogóle jakiś sens?


Pewien youtuber powiedział zdanie, które zmusiło mnie do przemyśleń. Mianowicie mówiąc o blogach i ich tematyce, wspomniał o tych muzycznych kończąc tym, że o muzyce się nie pisze, tylko się jej słucha. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak można nie pisać, skoro ja to robię i lubię się tym zajmować. Oczywiście nie twierdzę, że to co powiedział, jest totalną nieprawdą, ponieważ jest mnóstwo przypadków, w których jakiś utwór jest tak cudowny, wspaniały i piękny, iż trudno znaleźć słowa, aby go opisać. Żeby wgłębić się w temat, trzeba odnaleźć fundamenty tworzenia muzyki.

Wyjmuje smartfon

Jest sobie autor. Chce napisać muzykę. Piosenkę na swój album. Czego potrzebuje? Przede wszystkim kreatywności i jakiegoś instrumentu. Powiedzmy, że ma gitarę. Siada i zaczyna brzdąkać, aż w końcu gra ciekawą melodię. Żeby jej nie zapomnieć, może ją nagrać, czyli inaczej mówiąc zapisać. Ojej, na dyktafonie też się zapisuje. Plik na kartę pamięci. Ewentualnie może otworzyć notatnik, nadziergać kilka nut i kombinować dalej, tworząc kolejne melodie. Przenosząc je na nośniki pamięci czy na papier, opisuje muzykę. Opisuje. Ale jeszcze o niej nie pisze.

Otwiera notatnik

No dobra, ale mówiąc o utworze muzycznym, zazwyczaj myślimy jeszcze o tekście. Czymś, co doniesie się też do nut, nastroju wytworzonego przez instrumenty. Nasz zdolny gitarzysta siada więc na wielkiej skórzanej kanapie z piwem w jednej ręce. W drugiej ma ten magiczny notatnik. Zaczyna rozmyślać. Piosenki często powstają dzięki uczuciom, refleksją czy zainspirowaniem się jakimś wytworem kultury. Przypomniała się mu książka, którą ostatnio przeczytał. Jest idealnym bodźcem do napisania kilku słów. Odniesienie do tego, jego zdaniem, wybitnego dzieła będzie doskonałe. Coś skrobie. Tworzy swego rodzaju własną recenzję. Notuje swoje refleksje. Wylewa tony atramentu... (aż w końcu postanawia, że zrobi o tym książkę. Ale to potem. Teraz ma do skończenia tekst). Zawarł masę odniesień nie tylko do książki, ale również do jego życia. Nakreślił swoją autobiografię. Napisał swój nowy utwór.

Pozbierał się z kanapy. Ma rozczochrane włosy, podkrążone oczy i nieświeży oddech. To nieważne. Czas zarejestrować świeży kawałek. Zapisać go. Składa wszystko do kupy. Przebiega procedura nagrywania, masterowania (takie tam muzyczne make-upy), przegrywania, kopiowania i wyjścia płyty na rynek. Gitarzysta jest z siebie dumny. Czeka aż ktoś napisze o jego wielkim dziele. Jest żądny pochwał.

Antyutopia

Zaraz, zaraz... Ale czy o muzyce można pisać? W tej chwili gitarzysta by się załamał, bo jeśli ktoś nigdzie nie wspomni jaki to jego najnowszy album jest wspaniały, ile w nim pięknych muzycznych zawiłości, jaka różnorodność, jakie dopracowane melodie, jakie piękne teksty, to... niewielu się o nim dowie... Ludzie lubią się zamykać w tym, co już znają, a on ma coś nowego. Hej! Ludzie, to ja! Nikt nie słyszy. Zapanowała cisza. Nie ma muzyki. Nikt nie wlewa sobie do uszu dźwięków i nie pobudza ręki do napisania, ust do powiedzenia, jakie to jest wspaniałe.

Kupuje gazetę

Jednak tak nie jest. Portale muzyczne rzucają się na nowy krążek Gitarzysty. Pragną go przesłuchać i opisać. Wyrazić opinię. Blogerzy mają szklane oczy - ktoś czuje to, co oni. Książkoholicy nie wierzą własnym zmysłom. On śpiewa o tej cudownej książce! Katarzyna koniecznie chciała to przekazać innym. Rzucenie: Hej, posłuchajcie tego! niewielu by ruszyło, więc postanowiła napisać o muzyce Gitarzysty. Przelała wszystkie meandry jakie wychwyciła. Uznała, że to sztuka. Sztuką jest... pisanie o muzyce.

Najważniejsze to czuć muzykę 

Doszłam do wniosku, że skoro muzyk opisał muzykę, to ja potem mogę przedstawić swoje zdanie na temat jego pracy. W końcu zademonstrował ją światu. Wystawił społeczeństwu, które zawsze oceniało i oceniać będzie. Otworzę gazetę i przeczytam nowa płyta Iron Maiden jest wspaniała. Ma w sobie to, to i to. I już poszła reklama do potencjalnych odbiorców, którzy z kolei o płycie powiedzą znajomym, a cały łańcuch będzie się ciągnął i ciągnął. Powstanie miliardy opinii, dzięki którym będzie można odnaleźć nową muzykę poprzez słowo pisane. Nikt tego nie zabronił. Każda droga jest dobra, by odkryć coś nowego. W każdym razie youtuber miał trochę racji, bo na muzykę się raczej nie patrzy. Muzykę się czuję. Z kolei jeśli się czuje, to się to okazuje, chociażby wylewając na papier. Nie pozbawiajmy się tej formy ekspresji. Tak jak Gitarzysta ożywił swoją kreatywność książką, my możemy zainspirować się jego dziełem.

Poniżej utwór inspirowany książką. Kto wie jaką? Jakie Wy znacie? 

Zobacz więcej >

Nasza próba, błąd i T O

Will Grayson, Will Grayson - John Green, David Levithan

Zastanawiacie się czasami, co robi osoba o tym samym imieniu i nazwisku, co wasze imię i nazwisko? Czy ma z wami coś wspólnego oprócz imienia i nazwiska? Czy mogłaby zmienić Wasze życie? Will Grayson i Will Grayson się o tym przekonują. Napisana przez Johna Greena oraz Davida Levithana opowieść poraża swoją oryginalnością. 


Pewnego dnia splatają się losy dwóch Willów Graysonów. Jeden z nich jest gejem z depresją, który właśnie dowiedział się, że jego miłość nie istnieje. Drugi natomiast ma przyjaciela geja, źle podrobiony dowód tożsamości i problem z dziewczyną. Swatają go z nią, a on nie wie, czy ona się mu podoba, czy nie... Poza tym Kruchy, jego przyjaciel jest tak podekscytowany swoim musicalem o gejach, że mówi ciągle o nim. Drugi Will nie ma znikąd pomocy, a pierwszy nie potrafi się tworzyć.

Typowe problemy nastolatków. A właściwie typowe przedstawione inaczej. Odważniej. Kto gada o gejach i kutasach ot tak? W dodatku kto to wydaje i mówi, że jest to powieść dla młodzieży? Nie wielu takich jest. Szkoda, bo to prawdziwe, a i uczy, i podnosi na duchu. W każdym razie takie książki nie łatwo się pisze, żeby kogoś nie urazić, albo zniesmaczyć. Poruszenie tematu homoseksualistów, jest dość niewygodny, ale istnieje i to też należy do zawiłości życiowych. Miłość dwóch chłopaków też może być prawdziwa, jak pokazują to dwaj autorzy.

Jest też depresja jednego z Graysonów. Bardzo łatwo można było wejść w jego umysł i odczytać, co mu w głowie siedzi. Nie było to początek, a zaawansowana choroba. Chłopak jakby się z tym pogodził, ale nadal to odczuwał i bał się, że jest z nim coś nie tak, że może skrzywdzić ukochanego. Na szczęście trafił na kogoś, kto zbyt wiele dla niego znaczył.

Autorzy dodali też to nastoletnich problemów idealnie oddające rzeczywistość dialogi i muzykę. Taką typową muzykę buntowników, a nawet image. Tym bardziej poczułam klimat tej książki. Po prostu ją zrozumiałam. Jest tak, jak to widać w rzeczywistości. Czasami miałam dość tych niestworzonych i nierealnych historii, o które kuszą się pisarze. A de facto mają być właśnie jak najbardziej prawdziwe. Coś im nie wychodzi. John Green i David Levithan im zaprzeczyli i dowiedli, że jednak można.

Dodatkowo Levithan zastosował ciekawy zabieg. Zaczynał zdania małą literą. Tak samo jak i nazwy własne. Na początku wydało mi się, że to jakiś błąd. Dopiero potem przeczytałam, że jego Will jest osobą małą literą. Taki się czuje - małą literą. Nikt ważny. Do takiego postrzegania zachęca nas Internet, gdzie myślimy, iż jesteśmy anonimowy. Tak zaczynamy się czuć. To kolejna zaleta tej książki. Wprowadza wątek z codziennego życia. Siadamy i piszemy z ludźmi przez komunikatory. Nie spotykamy się. Nie patrzymy sobie w oczy. To nas zmienia.

Brakowało mi takiej książki jak Will Grayson, Will Grayson. Jest inna. Nie wstydzi się pokazywać prawdy w najbardziej obnażający sposób. Uczy tolerancji i szukania tego, co sprawi, że będziemy szczęśliwi. Nawet gdy wyśmieją nas inni. Metoda prób i błędów odnajdziemy t o, czego szukamy. Trzeba się tylko odważyć.


Will Grayson, Will Grayson - John Green, David Levithan
Autorzy: John Green, David Levithan
Tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka
Tytuł: Will Grayson, Will Grayson
Data wydania: 4 marca 2015
Wydawnictwo: Bukowy Las
Kategoria: literatura młodzieżowa
Ocena: 8/10





© Zdjęcie wykonane przez autora bloga 
Okładka: empik.com
Zobacz więcej >

Znalezione powołanie - podsumowanie roku 2015

Podsumowanie roku 2015

Kiedy przychodzi nowy rok, pod koniec starego sprawdzamy, co udało się nam dokonać przez ostatnie dwanaście miesięcy. Bierzemy wszystko pod kreskę i sumujemy. Poznając wynik zazwyczaj stawiamy sobie nowe postanowienie: w kolejnym roku udowodnię, że stać mnie na więcej. Co ja powiem w trakcie oraz po podsumowaniu? 


Definitywnie rok 2015 został już tylko wspomnieniem. Oczywiście ja jeszcze się z nim dobrze nie pożegnałam, bo nie zabrałam się za powyżej wymienione branie pod kreskę. Co prawda matematyka nie jest moją najmocniejszą stroną, ale jak wszystko, da się ją wyćwiczyć. To jest mój pierwszy cel. Nie tylko na przyszły rok, ale... na całe życie. Podsumowanie poprzedniego (już poprzedniego) roku będzie tylko rozgrzewką. 

Na początku chciałabym skupić się na samym blogu. Nie chcę przedstawiać liczb. Wydaje mi się to trochę egoistyczne z mojej strony, ale teraz dochodzę do wniosku, że bez tego się całkiem nie obejdzie. Trzeba spojrzeć na statystyki, z których de facto jestem bardzo zadowolona. Ciesze się, że coś się ruszyło. Ociężale, jak przez wielką zaspę, lecz zaczyna nabierać prędkości i topić śnieg. Żeby dokonać ostatniego działania na 2015, wybrałam sobie cyfrę trzy za przewodnika. I tak oto trzy najpopularniejsze posty opublikowane w ubiegłym roku na Melomolu to:


Te trzy posty są również najpopularniejszymi w kategoriach, na które podzieliłam blog: książka, muzyka film. Cóż za zbieg okoliczności!

Do tych też kategorii chciałabym się odnieść prezentując moje ulubione premiery tego roku. Nie wszystkiego opisałam na tym blogu. Czasami nawet nie czułam się godna, żeby to robić. Chociaż teraz wiem, że to było moje błędne myślenie. Ale przecież mylić się jest rzeczą ludzką*. Swoje zdanie mogę wyrazić zawsze i nie zawaham się tego wykorzystać.

TOP 3 książki roku


  • Futu.re - Dmitry Glukhovsky
  • Światło, którego nie widać - Anthony Doerr
  • Zwiadowcy. Wczesne lata. Turniej w Gorlanie - John Flanagan

Dwie ostatnie książki zrecenzowałam na blogu, ale Futu.re było tą, której nie czułam się godna. Po jej przeczytaniu byłam sparaliżowana. Naprawdę niesamowita powieść i na pewno trudną ją przebić. Nie potrafiłabym dostatnio wyrazić jej wspaniałości. W każdym razie już się zdecydowałam, że to zrobię, bo przeczytać ją jeszcze tylko drugi raz, to niewiele. Nawet jesli nie napiszę czegoś na wzór recenzji, to będzie to luźna refleksja, bo po lekturze wiele ich się nasuwa.

TOP 3 albumy roku


  • The Book Of Souls - Iron Maiden 
  • The Pale Emperor - Mariylin Manson
  • The Day Is My Enemy - The Prodigy
Wyróżnienie: Sorry - Meg Myers


Iron Maiden ze swoim nowym albumem to mój zdecydowany faworyt zwłaszcza, że był to jednocześnie najbardziej przeze mnie wyczekiwany album roku. Mój pierwszy odkąd na poważnie słucham tych legendarnych muzyków. To niesamowite, kiedy na Twoich oczach pisze się historia (chociażby dlatego, że to najdłuższy album bandu z najdłuższym utworem w ich dorobku). Zresztą Manson też się popisał, wydając chyba swój najlepszy krążek. Wcześniej próbowałam go słuchać, ale ciągle coś mnie uwierało w uszy. Już nawet nie oczy. Kiedy wysłuchałam The Pale Emperor, wbiło mnie w fotel. Zupełnie inny wymiar. Za to The Prodigy trzymają poziom i zaskakują brzmieniem, które niby jest takie samo, ale inne. Któż nie kojarzy dzieciństwa z Voodoo People? Warto sobie przypomnieć.

TOP 3 filmy roku 


  • Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy
  • Spectre
  • Mad Max: Na drodze gniewu

Trzy najlepsze filmy, bo w kinie byłam na trzech najlepszych filmach. W każdym razie na szczególną uwagę zasługuje Przebudzenie Mocy. Zauważcie, Moi Drodzy, że znowu na naszych oczach pisze się historia. Kontynuacja kultowej sagi bez której świat nie byłby taki sam.

Oprócz nowość w roku 2015 odkryłam wiele perełek, które są tematem na zupełnie inny wpis. Jednakże uwierzcie mi, iż nie powinniśmy patrzeć tylko na to, co przyjdzie, ale też czasami zajrzeć w historię. Cieszyć się poznając ją w teraźniejszości. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, ile ludzie przed nami stworzyli.

TOP 3 odkrycia roku 

Zabawne, prawda?

  • Seria książek Ostatni... Slivany De Mari
  • Duński zespół Cryoshell z jak dotąd jedynym albumem o tej samej nazwie z 2011 roku 
  • Przewspaniała Tori Amos - piosenkarka, pianistka, autorka piosenek i moja wielka motywacja



Pisząc bloga też coś tworzymy. To może być dla kogoś tą perełką, którą odnajdzie i która sprawi mu radość. Dlatego przy okazji podsumowania chciałabym również powiedzieć, co ja starałam się wnieść i co mi to dało.

Nigdy nie uważałam, że moje wypociny staną się czymś wielkim, ale zawsze miałam nadzieję, iż coś zdziałam. Komuś pozwolę odnaleźć fascynujące zespoły, książki, filmy, dam powód do uśmiechu... Przy okazji również poprawię własne samopoczucie. Czy mi się to udało? Oczywiście, że tak! Widzę to wyraźnie, bo dostrzegam, że Wy tutaj jesteście. Kiedy uświadomię sobie, że nie gadam już tylko do siebie, ale są tutaj ludzie, którzy również czują to co ja, jestem w końcu szczęśliwa. Mam z kim dzielić się swoją pasją. Wchodząc na blogi innych, Wasze blogi, czytam i uśmiecham się sama do siebie, gdy uzmysławiam sobie, że ktoś nadaje na tych samych falach. Zostawić komentarz dla takiej osoby to nawet za mało. To samo dotyczy Waszych komentarzy na Melomolu, udostępnień itd. Niby to nie jest najważniejszą sprawa na świecie, ale mi daje sygnał, że ktoś jednak chce mnie słuchać. I że jestem jednak normalna (bo nie gadam do siebie - dosłownie i w przenośni).

 *Cytat pochodzi z książki Futu.re Dmitra Glukhovsky'ego.

Zobacz więcej >
Melomol © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka