Horrory, dreszcze i wejrzenie w przyszłość po świętach - premiery stycznia

Ogłaszam koniec leniuchowania. Brać się do roboty! Trzeba się w końcu jakoś przegotować do zabawy sylwestrowej. Tuż po niej pierwsze nowości roku 2016. Zebrałam trochę tytułów i jestem zdziwiona, jak bardzo są podobne gatunkowo. Będzie dość ponuro...


Szukając premier na przyszły miesiąc, byłam zdumiona jak wiele z nich trafia całkowicie w mój gust. Jest mnóstwo thrillerów, dramatów, horrorów, science-fiction... Wśród filmów znalazła się jedna komedia o bardzo interesującym tytule, kojarząca się z pewną bardzo popularną książką. Warto sprawdzić. 

Muzycznie jestem bardzo zadowolona. Będzie czego słuchać. Szykują się kolejne hity.

Jeśli coś Was zaintryguje, klikajcie na obrazek, a przeniesiecie się do opisu. Zobaczcie dlaczego mnie przyciągnęły. 

KSIĄŻKA



MUZYKA



FILM



Wbrew pozorom robienie takiego posta zajmuje bardzo dużo czasu. Trzeba przejrzeć wszystkie odpowiednie strony, wybrać jakieś tytuły, potem je tu zaprezentować... W każdym razie to bardzo przydatne zajęcie, rzekłabym. Potem nie jestem zaskoczona, że pojawiło się coś, co umili mi to szare ziemskie życie, a ja o tym nie wiem! Jak sami pewnie wiecie, co chwila pojawia się coś nowego. Po czym przychodzi oddzielanie plew od ziarna...

Co Wy złapaliście
Zobacz więcej >

Gdzie jest ostatni Jedi? Kilka słów o Przebudzeniu Mocy

Gdzie jest ostatni Jedi? Kilka słów o Przebudzeniu Mocy

Trudno jest dorównać wcześniejszym dziełom zwłaszcza, gdy odniosły one sukces. Dodatkowo zostały uznane za kultowe. Klasa sama w sobie, majstersztyki, dzieła... i tak dalej. Znane na całym świecie, bo ktoś chociażby raz nie słyszał o Gwiezdnych Wojnach? Podbiły świat i zyskały silną oraz ogromną rzesze fanów. Wiernych fanów. Jak tacy osobnicy przyjęli do swojej świadomości kolejny epizod pod batutą zmienionej ekipy? 


W kinie byłam. Obejrzałam, więc pragnę podzielić się z Wami własnymi odczuciami na temat Przebudzenia Mocy. VII części Gwiezdnych Wojen w reżyserii J.J. Abramsa - już nie twórcy number 1 Georga Lucasa (ani Irvina Kershnerczy'a czy Richarda Marquanda), bowiem wielkie uniwersum przejęte zostało przez Disney'a. I tutaj mogło pojawić się pierwsze kręcenie nosem, bo ale jak? To już nie będzie to samo! Zanim jednak przejdę do moich wywodów, uprzedzam, że w tekście znajdują się spoilery, więc kto nie chce ich czytać, niech wróci po oglądnięciu filmu.

Akcja Przebudzenia Mocy rozgrywa się około 30 lat po wydarzeniach z Powroty Jedi. Nastał Najwyższy Porządek, który próbuje pozbyć się ostatniego Jedi. Poszukiwany Luke Skywalker dobrze się ukrył, ale udaje się zdobyć mapę, która ma doprowadzić do miejsca, gdzie przebywa. Znajduje się ona jednak po drugiej stronie mocy, więc nowi przedstawiciele ciemnej strony, chcą ja usilnie odbić. Po masakrze jaką robią szturmowcy, mapę na przechowanie dostaje droid BB-8, który po wielu perypetiach dociera na Jakku. Tam odnajduje go Rey i wraz ze szturmowcem-buntownikiem, odkrywają sekret BB.

Od razu muszę wspomnieć, iż fabuła nie jest najmocniejsza stroną Przebudzenia Mocy. Tym razem chodzi o coś innego. Bohaterów. Starych i nowych. Co mi tam po tajemniczej mapie i szukaniu Luke'a. To tylko dodatek do wielkich wejść kolejnych postaci. Główny wątek jest tylko głównym wątkiem. Nie wydał mi się zbyt wyraźnie nakreślony. Albo tylko moje odczucie takie było. Skupiłam się na tym, co się pojawiło oraz na tym, co już było. Cała ta część to wielkie wprowadzanie. Dopiero wszystko się zacznie. 

J.J. Abrams zaserwował nie małą dawkę zaskoczeń. Już mnie szczęka bolała od tego siedzenia z otwartymi ustami. Pomijając efekty specjalne: Najpierw Najwyższy Porządek, od którego powiewało grozą, chociaż nie dało się go dobrze zbadać. Nowe wielkie COŚ na kształt Gwiazdy Śmierci, ale... większe. Zdecydowanie. Potem zbuntowany szturmowiec, o którym później. Śmierć Hana Solo! Ja się zastanawiałam jak można było to zrobić. Najpierw radość o to ten od Sokoła Milenium, a potem dziug i przepaść. Wielkie wejście i zejście (na szczęście z honorem). 


Ciągnąć temat starych bohaterów (którzy byli kiedyś młodzi). Księżniczka Leia, którą wszyscy nazywali i nazywają księżniczką, ujawniła się jako pani generał. Nikt nie stękał, że nie będzie słuchał kobiety, a ja takie postacie lubię - z oczywistego robią nieoczywiste. Tak trzymać! Chociaż ją też reżyser pokarał. Wtedy nie wyglądała na silną. Zabrać ukochanego i obdarzyć synem nieudacznikiem - bajka. A co czuł Chewie, kiedy jego wieloletni towarzysz został zabity i nawet nie będzie wąchał kwiatków od spodu (planeta posiadająca niesprzyjające warunki do wzrostu roślin)? To jedna z najdramatyczniejszych scen, jakie widziałam. Chociaż nie rozumiem bólu R2-D2 po odejściu Luke'a. W końcu R2 nie jest człowiekiem. Mimo to, szkoda, że dobry kawał filmu był niedysponowany. Jak to kiedyś wspomniał C-3PO: typowa puszka smaru. Na Skywalkera też czekałam. Cały film słuchajcie. Ciągle o nim rozmawiali i byłam pewna, że go znajdą, on rozwali co trzeba i będzie koniec. Tymczasem stanął naprzeciwko Rey, nie wypowiedział ani słowa. Dodam, że tak kończy się film. Muszę wiedzieć, co stanie się dalej!

Rey okazała się znakomitą postacią ukazującą nowe pokolenie w filmie. Babka, która wie jak o siebie zadbać. Z charakterem, silną wolą i... mocą. Ale też z tęsknota skrywaną głęboko w sobie, która hamuje ją przed każdym krokiem naprzód. Poznajemy ją jako ciężko harującą na przeżycie złomiarę. Żegnamy jako bohaterkę Przebudzenia Mocy. Finn, FN-2187, zbuntowany szturmowiec, również jest wyjątkowy, bo niby jest tym, kim jest, ale nie jest... A nie jest tym kim jest, bo  nie chce być, gdyż chce być tym, kim on chce być. Czaicie? Tak bez zawiłości - postanowił sobie, że skończy z tymi popaprańcami i zacznie żyć według jego poczucia moralności. Prowadzi akcję filmu. Łączy wątki. Typowy bohater buntownik, ale polubiłam go. Nie da się go nie lubić.

Byłabym zapomniała o Poe. Tym gościu, który postanowił oddać mapę BB-8. Postąpił słusznie, bo złapali go szturmowcy. Od tamtej pory powinien zginąć jakieś tysiąc razy. W jednym przepadku nawet mu się udało, ale jakoś wrócił zza światów i rozwalał wielkie COŚ.

Intrygującą i zadziwiająco przystojną postacią, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się zmasakrowany (maska) jak Vader po pływaniu w lawie, jest Kylo Ren. Znany tez jako Ben - syn Hana Solo i Lei Organy. Ten, który zabił i zdradził. Wygląda strasznie dzięki masce, gra obojętnego, zimnego zwyrodnialca, a tak naprawdę jest słabym, małym chłopaczkiem. Kiedy Solo nakłaniał go do powrotu wydawał się mięknąć, ale pomyślałam on jest zbyt charakterystyczny, żeby tak od razu zniknąć z tego filmu. Nie zniknął. Czy zabicie własnego ojca mogło go podbudować? Postać odtworzona przez Adama Drivera jeszcze zdecydowanie ma wiele do pokazania. A, to on ma ten fajny miecz świetlny, który zrobił taką furorę. I przeszył Hana (nie mogę się pozbierać).

Liczyłam, że tacy fajni bohaterowie znajdą się na wypasionych planetach, ale coś z tymi lokacjami słabo poszło, bo żadna z nich nie dorównała tym wcześniejszym. Żadnego Naboo ani Hoth - tylko Jakku, które wyglądało jak Tatooine. Poza tym żadna z VII epizodu nie zapadła mi w pamięci. Chociaż... ta, na której znajdował się Luke wydawała się najbardziej oryginalna. Liczę, że zapoznamy się z nią bliżej w przyszłości.

Muzyka jak zwykle wspaniała. Tworzona przez tego, który zna się na tym od lat, czyli Johna Williamsa. On wie co dobre i niezmiernie się cieszę, że zajął się ścieżką dźwiękową, mimo sędziwego wieku. Pewnie wiecie, że trudno byłoby zrobić coś tak genialnego. Tylko mistrz mógł mierzyć się ze swoim mistrzostwem.

Przebudzaniem Mocy zawiedziona nie jestem. Za to moje podekscytowanie sięgało zenitu. Z sentymentu prawie płakałam.Od zobaczenia Sokoła Millenium aż do ujrzenia brody Luke'a Skywalkera. Stara miłość nie rdzewieje, a ja kocham Gwiezdne Wojny. Nowi bohaterowie dołączają do listy osób, którym będę kibicować. Nie panie J.J. Abramsie, nie zrobił pan tego, czego się obawiałam. Nie zniszczył pan nic (może oprócz Hana Solo R.I.P.).


Gdzie jest ostatni Jedi? Kilka słów o Przebudzeniu Mocy
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Lawrence KasdanJ.J. AbramsMichael Arndt
Tytuł: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy
Kategoria: science-ficton
Premiera: 18 grudnia 2015
Ocena: 9/10






fot.: Lucasfilm
Zobacz więcej >

Czytelnicze nawyki Sweet Little Kath

Czytelnicze nawyki

Tag o książkach? Czemu nie. Przedstawiam moje kilka zdań na temat czytelniczych nawyków. Oczywiście zachęcam wszystkich do odpowiedzi na poniższe pytania.


Nie ma co ukrywać, święta się zbliżają (no nie ma co okrywać, nie ma...), czyli będzie wolne od szkoły, a co za tym idzie więcej czasu na czytanie! Ostatnie poprawianie ocen jutro. Życzę wszystkim powodzenia w tym trudnym dniu. Wiem, że różne blogowe tagi potrafią odstresować, więc pomyślałam: a! dodam jeden. Dzięki Detektywowi Książkowemu napisałam odpowiedzi na pytania z tagu, który polega na przedstawieniu swoich czytelniczych nawyków.

Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Nie czytam nigdzie indziej niż w łóżku. Inaczej nie potrafię. Nie wygodnie mi siedzieć, a tym bardziej stać. Łóżeczko, ciepła kołderka (z jakimś ładnym wzorkiem) – ciepło, milutko, tylko czytać.

Czy w trakcie czytania używasz zakładek czy przypadkowych świstków papieru?
Zależy co mam pod ręką. Jeśli wcześniej przygotowałam sobie zakładkę, to jest duże prawdopodobieństwo, że jej użyję. Jeśli nie, to wezmę byle co, nawet kapcia.

Czy możesz po prostu przestać czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?
Mogę po prostu przestać, ale wolę dojść do końca rozdziału, a nie tak się zatrzymywać w pół zdania. To tak jakbym coś komuś opowiadała, nagle przestała, poszła do kanapkę, zjadła ją i znowu podjęła dalsze opowiadanie (realia messengera).

Czy pijesz albo jesz podczas czytania?
Staram się tego nie robić, bo nie wiadomo, co może się stać, ale zdarza mi się i jeść, i pić. Oczywiście to dodatkowe ryzyko dla łóżka. Raz już wylałam na nie cały kubek herbaty (brawo, ja!).

Czy jesteś wielozadaniowy? Czy potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
Nie mam pojęcia jak można oglądać film i czytać książkę jednocześnie. Nie dość, że nie ma to sensu, to jeszcze jedno drugiemu przeszkadza. Słuchanie muzyki to już z kolei inna sprawa. Jak się ją odpowiednio dobierze, to jest doskonałym tłem do opowieści. Odcina nas od świata zewnętrznego. Zostajemy tylko my i książka.

Czy czytasz jedną książkę czy kilka na raz?
Nie chcę czytać kilku książek naraz, bo gdybym zaczęła, to potem nie wiedziałabym, którą wziąć do ręki i dokończyć. Zdecydowanie wolę zacząć jedną i tę jedną skończyć.

Czy czytasz w domu czy gdziekolwiek?
Czytam w domu. Inne miejsca mnie rozpraszają, nie potrafię się skupić, bo nie wiem, co w tym miejscu może się za chwilę wydarzyć. Dom to oaza bezpieczeństwa i mam do niego zaufanie.

Czy czytasz na głos czy w myślach?
Czytam w myślach, ale czasami włącza mi się tryb głośny. I wychodzi, że gadam do siebie.

Czy czytasz na przód, poznając zakończenie książki? Pomijasz fragmenty książki?
Jak już czytam to tylko od początku do końca. Chyba, że książka jest nudna.

Czy zaginasz grzbiet książki?
Jeśli czuję taką potrzebę. Poza tym nie mam takiego nawyku.

Tak to wygląda u mnie. A u Was?

Jeszcze chciałam wspomnieć... Co ze mnie za blogerka?! Co z tego, że założyłam stronę na Facebooku, skoro ciągle o niej zapominam? Cóż, mimo to zapraszam Was tam serdecznie, bo zapewniam, że polubienia przypominają mi o istnieniu tego miejsca. Autoreklama.

Jak już pisze, to jeszcze zapodam rozkminę dnia. Ciekawe co by było gdyby moje szalony myśli dobiegły do kanału na YouTube? W sumie już dobiegły. Wiecie jak to jest. Kiedy ogląda się tych wszystkich blogerów, chce się robić to, co oni. I przychodzi taki zapał do tworzenia czegoś jeszcze. Ja mam nawroty średnio co miesiąc, ale nie potrafię się odważyć. Jeszcze. Do zobaczenia kiedyś w cztery oczy na YT... Obecnie FB, na którym będę dodawać to, czego tutaj nie opublikowałam, bo coś mi leń przeszkodził.

Pozdrawiam :)

Zobacz więcej >

Popatrzcie, zanim zamkniecie oczy na zawsze


Anthony Doer - Światło, którego nie widać

Dzisiaj jest nam sobie trudno wyobrazić wojenny świat. Trudno zdać sobie sprawę, jak było ciężko i ile razy ludzie musieli robić coś wbrew sobie. Anthony Doerr, zdobywca Pultizera za Światło, którego nie widać, dokonał mistrzowskiego czynu. Opisał życie przed, podczas i po wojnie. Życiem wykreowanych bohaterów pokierował zaskakująco, ale realistycznie. Najgorzej jest złączyć, a potem rozłączyć. 


Marie-Laure LeBlanc mieszka wraz z ojcem w Paryżu. Gdy jako mała dziewczynka traci wzrok, ojciec bardzo się stara, aby jego córka mimo to sobie poradziła. Buduje dla niej miniatury miasta z drewna, oprowadza po ulicach... Gdy rozpoczyna się wojna, oboje przenoszą się do Saint Malo, gdzie mieszka stryjeczny dziadek Marie-Laure. Niedługo po tym LeBlanc zostawia dziecko, a dziewczyna domyśla się, dlaczego musiał wyjechać. Wojna zaczyna nabierać na sile, a ojciec nie pojawia się w domu.

Równolegle toczy się historia Wernera Pfenninga. Wychowanka niemieckiego domu dziecka, który trafia do Wermachtu, aby wykrywać wrogie stacje radiowe. Widząc ból oraz cierpienie, budzi się w nim odraza. W końcu trafia do Saint Malo, okazując tam serce. W miejscowości tej znajduje też to, co trzymało przy nim wiarę na lepsze jutro.

Bohaterowie książki nie zostali hojnie obdarowani przez los. Spotyka ich mnóstwo przeciwności, a tymi małymi chwilami szczęścia, cieszą się tak, jak wielu z nas nie potrafi. Marie-Laure to dziewczyna godna podziwu ze względu na to, co ją spotkało i jak sobie z tym radziła. Co prawda miała ojca, który dbał, aby się nie poddała, ale bez jej udziału nigdy nie dokonałaby i przeżyła tego, co jej się udało. Z kolei Werner miał siostrę, którą kochał najbardziej na świecie i robiąc cokolwiek, myślał o niej. Chociaż życie w domu dziecka nie było kolorowe, to nie był zwykłym dzieckiem. Był dzieckiem, którego coś interesowało. Nauka. Mechanika. Znajdował w sobie na tyle zapału, że trafił do elitarnej szkoły. Działo się tam wiele złych rzeczy, ale dzięki nabyciu niezłomności, poradził sobie, a samodzielnie nabyte umiejętności zaprowadziły go dalej od pozostałych.

Niestety realia wojny, nie pozwoliły Wernerowi na nic innego, jak tylko na służbę dla Wermachtu. Zresztą szkoła, do której trafił, miała za zadanie wybrać najlepszych, nauczyć bezwzględności, wysłać na front. Chłopak robił więc swoje. Dostrzegał propagandę Niemców. Widział, jak giną niewinni ludzie, którzy prześladowali go w snach. Dlatego był pewnego rodzaju ofiarą tej wojny. Tej samej wojny, której Marie-Laure odebrała najukochańszą osobę. Raz, drugi i trzeci... Światło, którego nie widać, to nie tylko historia tych dwojga, ale również obywateli oblężonych miast. Lęku i chęci ucieczki, bo nie tylko Polska tak cierpiała. To działo się w wielu innych miejscach. Aż trudno sobie uświadomić, że coś takiego spotkało świat.

Opisy wybuchów, wystrzałów, sypanych gruzów wydają się bardzo realistyczne. Tak bardzo, że tez to czułam i słyszałam. I też się bałam. Ta książka mocno trzyma w napięciu. Wbrew pozorom jest też bardzo dynamiczna. Rozdziały przeskakują od jednej, do drugiej postaci, przenikają się. Przechodząc przez nie, przechodzimy też przez życie bohaterów oraz II wojnę światową. Miłość, radość. Ból, krew i śmierć.

Nagroda Pulitzera dla Anthony'ego Doerra była jak najbardziej zasłużona. Światło, którego nie widać, to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Zawiera w sobie cały wachlarz uczuć, momenty, w których pęka serce i napływają do oczu łzy, ale też przebłyski radości. Oddaje lęki i życie ludzi podczas wojny. Pokazuje, że warto mieć nadzieje. Nic nigdy nie jest stracone.

Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze.



Autor: Anthony Doerr
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Tytuł: Światło, którego nie widać
Data wydania: 23 września 2015
Wydawnictwo: Czarna Owca
Kategoria: literatura współczesna
Ocena: 10/10




fot. Saint Malo: Lima Pix (CC); okładka: empik.com
Zobacz więcej >

Czym jest kreatywność?



Elizabeth Gilbert, autorka szeroko znanego bestsellera Jedz, módl się, kochaj, na którego podstawie powstał film, przyszła do czytelników z czymś innym niż powieść. Napisała poradnik o kreatywności, a właściwie nie poradnik tylko coś, co opowiada co jest źródłem kreatywności. Wielka Magia nią właśnie jest. Tak przynajmniej nazwała ją Gilbert i zdefiniowała w swój sposób.


Stworzona przez nią książka jest nie tylko prosta w odbiorze ze względu na język i dowcipne postrzeganie niektórych rzeczy, ale również przedstawienie mnóstwa autentycznych historii, by poprzeć swoje zdanie. Autorka opisała swoje oraz innych doświadczenia. Tym samym można traktować Wielką Magię jako coś wiarygodnego i jak najbardziej przemawiającego do odbiorców. Mnie przekonała. Pozwoliła, żeby jej uwierzyć. Postrzegam ją jako sympatyczną osobę i wspaniałego motywatora.

Tylko taka osoba w kilku krokach może pokazać człowiekowi jak powinien myśleć, by osiągnąć sukces. Sam spis treści sugeruje jaką drogą podążać. Należy zacząć od odwagi i skończyć na cieszeniu się efektami swojej pracy. Brzmi prosto i przyjemnie, ale musicie zdać sobie sprawę, że odważenie się do zrobienia czegokolwiek, nie jest tak proste jak matematyka w pierwszej klasie podstawówki. Wykonanie pierwszego punktu jest przepustką do odkrycia wielkiej magii, jaką jest kreatywność.

Nawet jeśli uważasz, że nie nadajesz się do zrobienia czegokolwiek, musisz siebie zapytać czy chcesz to robić czy nie. Wszystko zależy od Ciebie. Niezależne od tego, czy uważasz się za geniusza czy za zero, stwórz to, co czujesz, że musisz stworzyć, i pokaż to światu. Bez poddawania się szufladkowania i narażaniu swoich wrażliwych uszu bądź oczu na gadanie innych. Ludzie muszą gadać. Ty musisz tworzyć. W końcu nie możesz zignorować tego momentu, gdy kreatywny pomysł przyszedł do Ciebie.

Właściwie jak Elizabeth Gilbert opisała kreatywność? Oczywiście bliżej dowiecie się tego z książki, ale czy przyszło Wam kiedyś na myśl, że natchnienie żyje? Przechodzi od jednego do drugiego i czeka aż ktoś się za nie weźmie, pomoże mu się pokazać? Jeśli pierwsza osoba zaniedba natchnienie, ono odejdzie. Znajdzie kogoś innego i ten sam pomysł zostanie zrealizowany. Magia, nie? Autorka przedstawiła realną historią na poparcie swojego stwierdzenia. Tak się zadziało naprawdę. Od przeczytania tego fragmentu nie pozwalam natchnieniu ode mnie uciec, tylko staram się pomóc mu wyjść. Oczywiście kreatywność to nie tylko przypadkowe pojawienie się natchnienia, ale i ciężka praca. Nie tylko po to, by je przy sobie zatrzymać, ale by nabierać umiejętności, czekać, tworzyć... i być z siebie dymnym.

Jestem pod wrażeniem pomysłu na tę książkę. Na pewno pozytywnie mnie zaskoczyła, zmotywowała i podpowiedziała co robić. Bez zwątpienia wiedza w niej zwarta mi się przyda. Wielką Magię zapewne przeczytam jeszcze kilka razy. W końcu pozytywną energią trzeba ładować się codziennie. Zwłaszcza podaną w tak przystępnym wydaniu. Na pochwałę zasługuje okładka zaprojektowana przez Michała Pawłowskiego, która oddaje wizję kreatywności, przynajmniej moją.

A jak Wy postrzegacie kreatywność?


Autor: Elizabeth Gilbert
Tłumaczenie: Bożena Jóźwiak
Tytuł: Wielka Magia
Data wydania: 3 listopada 2015
Wydawnictwo: Rebis
Kategoria: literatura współczesna, poradnik
Ocena: 9.5/10






fot. okładki: http://www.rebis.com.pl/
Zobacz więcej >
Melomol © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka