Take That - III

Jak to się zaczęło? Ach, tak! Był to bardzo nudny zimowy dzień roku 2011. Znużona przerzucałam bezmyślnie kanały w TV, nie mając w tym żadnego celu. W końcu zatrzymałam się na czymś, w czym przyznawano nagrody muzykom. Byli tam Oni. Wyszli na scenę w najbardziej efektowny sposób, jaki kiedykolwiek mogłam podziwiać. Zaprezentowali nienaganną choreografię, która wpasowywała się w muzykę z lekkim wydźwiękiem lat 90, tworząc prawdziwe przedstawienie. Show powoli się rozkręcało, a w punkcie kulminacyjnym, gdzie wszystko zaczęło żyć, już wiedziałam, że to jest to. Moja pierwsza miłość. Take That.

Take That III recenzja


Recenzję najnowszego krążka Take That miałam napisać już dawno, ale chciałam z tym albumem się dobrze zapoznać, ponieważ chłopaki wrócili mocno odświeżeni i niestety trochę za bardzo przefiltrowani. Odejście Jasona Orange'a sprawiło, że z kwartetu zrobiło się trio. A najlepsze jest to, że zaczynali w piątkę razem z, na pewno wszystkim znanym, Robbie'm Williamsem. No cóż, najważniejsze, że wydali kolejną płytę! Jest to ich siódme studyjne dzieło, które na świat przyszło 28 listopada 2014 roku. Brytyjski boysband po krótkiej przerwie znowu przybył, by podbijać playlisty i kolejne serca kobiet. Po powyższym opisie możecie domyślić się, że moje już dostali, ale nie mogę oszczędzić im odrobiny krytyki.

Moje drogie gwiazdy lat 90 ciut za mocno skręciły w stronę Coldplay, co ma i zalety - rockowy wydźwięk, i wady - odjęcie od oryginalności. Już w pierwszym utworze, który nosi tytuł "These Days" można wyczuć odrobinę wyżej wymienionej grupy, ale poza tym jest to piosenka maksymalnie przepełniona pozytywnymi emocjami, którą mogę polecić wszystkim smutasom. W kolejnym kawałku, czyli "Let In the Sun" jest rześkość. Esencja życia i pobudzenie do działania. Gary'ego przepełnia energia, a chórki dodają dynamizmu. Niestety tu bardziej zalatuje mi Coldplay'em, co i tak przestaje mieć znaczenie, bo uwielbiam tę kompozycję właśnie za jej żywość. Kolejna pozycja - "If You Want It" - jest podobna do poprzednich, ale już mniej urozmaicona i staje się trochę nużąca. Jednakże gdy ktoś potrzebuje motywacji, to nie ma nic lepszego do odpalenia w słuchawkach. Sytuacja z jednostajnością na szczęście odwraca się w "Lovlife", ponieważ tym razem główny wokal należy do Marka Owena, czyli gościa z najlepszą barwą głosu w Take That. Dodaje on lekkiej melodii z akustyczną gitarą  w tle nieco ciężkości. Tworzy się równowaga i teoretycznie przeciętny utwór, zaczyna się wyróżniać. W "Portait" powraca Gary Barlow i wyprowadza z pozoru wolnej kompozycji do... znowu takiej z ikrą. Dobrze, że są te chórki, które zmiękczają ten efekt, bo trochę mi brakuje smętów. No i dostaję coś wolniejszego w "Higher Than Higher", które wzbogacone zostało w takie dźwięki, których jeszcze nazwać nie potrafię, ale kojarzą mi się z filmikami vlogerek i wcale nie są przyjemne dla moich uszu. Rzekłabym, że to nijaki utwór, ale ten wokal będzie mnie rozbrajał już do końca moich dni.


Jestem skłonna powiedzieć, że "I Like It", to najlepsze, co się przytrafiło temu albumowi. Zaczyna się podobnie do  "Love Love" z poprzedniej płyty i również zabiera mnie w kosmos, zmuszając do śpiewania. Mimo tego podobieństwa, to powinien być singiel. Kiedy pierwszy raz usłyszałam ten kawałek, to pomyślałam, że to cover jakieś starej kapeli rockowej. Może dziwne miałam skojarzenie, ale to jest po prostu majstersztyk! Jest gitarka, chwytliwy refren i można robić imprezę. Z kontynuacją dobrej passy, która się rozpoczęła, przychodzi Howard Donald w "Give You My Love". Wracamy do korzeni i mamy coś, co pachnie latami 90 i początkami działalności boysbandu. Tępo zwolniło i żeby dopełnić mojego pragnienia, Gary rozpoczyna balladowe "Freeze". Nareszcie się doczekałam! Jak tego słucham, to czuję jak bym latała. Dobrze, że pod koniec Mark i Howard dzielą się zwrotką, ponieważ moje szczęście sięga zenitu (prawie - gdyż potrafią stworzyć coś o wiele lepszego). Po tym następuje bardziej elektroniczne "Into The Wild" wyśpiewane przez Owena, który wyciąga ostatnie partie w refrenie, czego mi bardzo brakowało. Jak na razie chłopaki czytają mi w myślach.

"Flaws" to prawdziwe dzieło do bujania, z pianinem na początku i płynnym połączeniem z innymi instrumentami w dalszej części. Bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza że pan Barlow chwali się tutaj swoją umiejętnością wydobywania wyższych dźwięków. W jego wykonaniu to naprawdę nie tuzinkowa sprawa. Niestety tę piękną część zamyka "Get Ready For It", które na powrót do złudzenia przypomina Coldplay, po czym następuje nie ciekawe "Believe" z gitarą elektryczną robiącą za tło. Lecz nawet to mnie nie przekonało do tej piosenki. Kolejne "Amazing" ciągnie dalej tę mniej interesującą część albumu. Wolna melodia, której mi brakowało, teraz zaczyna męczyć. Za to mamy chórki, które odsyłają do pierwszych dzieł tego popowego zespołu i ratują sytuację. Zamykający "III" "Do It All For Love" jest nadal spokojny, ale bardziej chwytliwy, za co możemy podziękować głównie wokalowi Marka. Muzyka sprawia, że mamy ochotę, i poruszać nogą, i trochę się pokołysać.

Biorąc po uwagę cały album, mamy na nim więcej żywych instrumentów niż maszyn, co jest na bardzo duży plus. Chociaż nie osiągnęli tego, co moim zdaniem na ich największym dziele "Beautiful World" z 2006 roku (które też Wam chętnie przybliżę), to gitary, pianino i perkusja są obecne. Na poprzednich dwóch wydawnictwach sobie je raczej podarowali. Dlatego też Take That pokazało się w nowej odsłonie, która powiewa świeżością i energią. Obrali inny kierunek, który nie jest może jakimś wielkim odkryciem, ale widać, że chłopaki eksperymentują z muzyką. A między innymi o to w tym wszystkim chodzi. Fakt, przytrafiło im się kilka nieciekawych i płytkich wytworów, jednakże im to wybaczę za to, że potrafią wzbudzić lawinę pozytywnych emocji.


Ocena 6.5/10
Zobacz więcej >

Liebster Blog Award



Zostałam nominowana przez blog "Książkowa magia", za co dziękuję autorce. Odpowiem na jej 11 pytań, a następnie napiszę swoje 11 i nominuję tyle samo blogów. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam do czytania :)


  1. Zdarzyło Ci się kiedyś powiedzieć lub napisać, że lubisz czytać książki a ta osoba nie chciała z Tobą rozmawiać?
    Może nie od razu nie chciała rozmawiać, ale zmieniała temat. Cóż, nie każdy ma książkową pasję. 
  2. Czego oczekujesz od kupionej książki, o której nic nie wiesz?
    Oczekuję, że wbije mnie w ziemię i nie będę musiała żałować, iż ją kupiłam. A do tego będzie tak interesująca, że będę do niej wracać. Dlatego najczęściej inwestuję w biografie i poradniki, których nie znajdę w bibliotece. 
  3. Czy w Twojej rodzinie jest dużo osób czytających książki?
    Tak, aż jedna - ja. 
  4. Masz biblioteczkę u siebie w pokoju? Wstaw zdjęcie. Pochwal się.
    Hm, jakby to powiedzieć. Mam miejsce na biblioteczkę, ale brak w niej książek, ponieważ gdy mam wybrać między książką, a płytą CD, DVD itp. z muzyką, to biorę to drugie. Dlatego kolekcja papierowa rozrasta się bardzo powoli, właśnie w biografie muzyków, poradniki i inne encyklopedie, natomiast płyt przybywa o wiele więcej. Lecz wierzę, że się to zmieni i moje muzyczne inwestycje będą takie same jak książkowe. I zostanie miejsce na książki, bo nie ukrywam, że pewnego dnia wszystkie półki mogą być jedną wielką biblioteką muzyczną. 
  5. Jaka zekranizowana książką Ci się podobała i dlaczego ta właśnie? Co ona ma w sobie i co ma w sobie ta ekranizacja?
    Jak na razie nie doczekałam się ekranizacji swoich ulubionych książek lub są one tak nudne i mają tak złe opinie, że nawet ich nie oglądam. Jednak jak teraz sobie myślę... to muszę przyznać, że "Hobbit" został nagrany idealnie! Tak samo "Harry Potter". Ekranizacja w dużym stopniu oddaje to, co jest w książce i pomaga w wyobrażeniu sobie bohaterów, miejsc, akcji itp. 
  6. Jaką pogodę lubisz podczas czytania?
    Na pewno NIE lubię jak świeci słońce, bo wtedy, po pierwsze, mam ochotę wyjść i biegać, a po drugie, światło mnie oślepia. Najlepiej jak jest trochę deszczowo. A już idealną porą na czytanie jest zima. Kubeczek, kołderka i można latać na smoku z Yorshem
  7. Jakie bajki przed snem rodzice Ci czytali?
    Jedyne co pamiętam, że mi czytali, a właściwie czytał tata, to 'Biblia". Tylko dlatego, że go to tego zmuszałam ;) Ogólnie w domu nikt we mnie nie wzbudził zamiłowania do książek. Dopiero w gimnazjum zaczęłam się tym interesować, a jak dorwałam "Zwiadowców", to wsiąkłam w to na dobre. 
  8. Ile chcesz w tym miesiącu przeczytać książek?
    Jak najwięcej się da! 
  9. Twoja ulubiona lektura z podstawówki i dlaczego ona?
    Pamiętam, że bardzo podobał mi się "Pinokio". Lubiłam jego przygody i męczyłam tę książkę kilka razy. Ale i tak nic nie przebije uwielbienia do "Ani z Zielonego Wzgórza". Po pierwsze chodziło o czas i miejsce akcji, bo lubię jak to się dzieje w dalekiej przeszłości bez telefonów i innych tego typu wynalazków. Dodatkowo długie wypowiedzi bohaterki mi imponowały, ponieważ ja mówiłam bardzo mało. No i oczywiście sama postać Ani. Jej wygląd, zachowanie i myśli oraz pomysły. Była zupełni inna niż ja, a ja lubię poznawać nowe osobowości. 
  10. Czym kierujesz się podczas kupowania/wypożyczania książek?
    Oczywiście, mimo wszystko, okładka gra dużą rolę. Zwracam na nią uwagę nawet od strony technicznej. Co z człowiekiem robi szkoła xD Potem jest tytuł, który albo jest ciekawy i oryginalny albo przeciętny i nudny . Zazwyczaj po tym biorę książkę (jeśli mnie zainteresują powyższe kryteria) i wychodzę z biblioteki. Czasami kierują się opiniami na blogach i tymi od koleżanek. Rzadko czytam opis na odwrocie. 
  11. Najbardziej zaskakująca książka kiedy jakąkolwiek czytałaś?
    "Przygody Lorda Ślizgacza" B. Dickinsona, czyli mojego bohatera, wzoru do naśladowania i wszystkiego, co naj. Po prostu motywuje mnie do pracy, bo jest muzykiem, pilotem, prezenterem radiowym, prowadził program w BBC, mężem, ojcem - i nie pamiętam co jeszcze, prawdziwy człowiek renesansu. No i oczywiście napisał książki, a tę przetłumaczoną na polski przeczytałam. Wypowiadając się jednym zdaniem na jej temat: nie dla dzieci i nie przy jedzeniu. Ale mimo wszystko się uśmiałam, bo popaprane historie, to coś w czym siedzę po uszy (Pan Banan).
Moje pytania:
  1. Jaka książka wzbudziła w Tobie zamiłowanie do czytania?
  2. Co sprawia, że chcesz przeczytać daną książkę?
  3. Najlepsza, najpiękniejsza i najbardziej oddająca treść okładka książki/albumu muzycznego Twoim zdaniem (możesz pokazać zdjęcie).
  4. Jak reagują inni, gdy czytasz i nagle wybuchasz śmiechem? 
  5. Jakie są Twoje ulubione utwory muzyczne, stworzone na podstawie książek?
  6. Co wybierzesz - płytę ulubionego wykonawcy czy najnowszą książkę z ulubionego gatunku?
  7. Czytałeś/-aś książkę napisaną przez vlogera? Co o niej sądzisz? 
  8. Co kolekcjonujesz (książki, płyty, znaczki...) i dlaczego akurat to? 
  9. Co/kto motywuje Cię do działania? 
  10. Jakie blogi wzbudzają w Tobie zainteresowanie? 
  11. Jak to się stało, że prowadzisz bloga?
Nominuję:

Zobacz więcej >

Silvana De Mari - Ostatni Elf

fot.: http://encyklopediafantastyki.pl/

Uciekając w świat fantastyki, stworzony przez Slivanę De Marii przy okazji jej sagi, można zacząć zastanawiać się, czy elfy istnieją naprawdę. Bądź czy nie istniały. Skąd mamy pewność, że smoki nie latały ludziom na głowami i nie porywały księżniczek? Może to się działo i legenda o Bazyliszku jest prawdziwa?

"Ostatni Elf" jak i pozostałe części z serii "Ostatni...", zmusiły mnie do wielu przemyśleń, ponieważ ta książka ma bardzo bogate wnętrze. Nie wszystko kręci się wokół mitycznych stworzeń. Są w niej wartości, które dzisiaj wielu ludzi nie rozumie i tylko nieliczni mają zaszczyt je wykorzystywać. W powieści elfy uważane są za złe stworzenia, które zagrażają gatunkowi ludzkiemu. Zamknięte w ich specjalnych rezerwatach zaczynają wymierać, a trudne czasy jakie nastały, uważane są za winę ich mocy. Ostatni z nich, Yorsh, mały, niedawno urodzony, musi uciekać, aby przeżyć. Musi zostawić babcię i szukać schronienia, bo woda zalewa wszystko. Nie ma już nic, tylko wspomnienia i zimno docierające aż do kości. 

Z powodu wrogości ludzi do elfów, mały nie ma gdzie szukać pomocy. Jest zrozpaczony swoim położeniem, co autorka opisała w taki sposób, że czytelnik czuje ból, głód i niemoc bohatera. Ma się to wrażenie, że jest się w jego ciele i przeżywa to, co on. Widzi się świat jego oczami. Lecz nie tylko ten ponury i jałowy. Elf potrafi dostrzec w nim piękno. Szczegóły, które zmieniają wszystko. Może nawet zachwycić się okropnym i obrzydliwym orkiem, który według niego jest najpiękniejszym stworzeniem na Ziemi, w którym można dostrzec podobieństwo nawet do malowniczego księżyca. Wszystko i wszyscy mają w sobie niezwykłość. 

Gdyby nie ten głód... To najokropniejsze czego doświadczył w swoim krótkim życiu i to zaprząta mu myśli. Może pomógłby mu jakiś człowiek? Nie, nie może się mu nawet pokazać na oczy, bo czeka go niechybna śmierć. Ludzkie uprzedzenia, które nie są słuszne, spowodowały tyle cierpienia tym dobrym stworzeniom. Oni nie rozumieją, a raczej nie chcą zrozumieć. Ważne, że mają winowajców, którzy będą odpowiadać za śmierć ludzi i tamtą przegraną bitwę. Niestety czegoś nie wiedzą. Nie mają pojęcia, że elfom sprawiało ból to, co ofiarom pod ostrzem ich miecza. 

Dobrze, że są jednak osoby, które potrafią wyciągnąć pomocną dłoń. Bieg zdarzeń doprowadza Yorsha do Sajry. Młodej silnej kobiety, która nie dość, że nie uśmierciła elfa, to jeszcze zabrała go ze sobą. W końcu to jeszcze dziecko. Mimo tego, że mały sprowadza na nią mnóstwo kłopotów, nawet doprowadza ją do szubienicy, to ona zawsze jest po jego stronie. Dostaje w zamian prawdę i miłość od dzielnego myśliwego, co potem dopełni przepowiedni z murów w Daligar. 

Przepowiednia jest głównym problemem, którym zajmują się bohaterowie. Mówi ona o spotkaniu ostatniego elfa i ostatniego smoka oraz dziewczynie, która ma zostać żoną tego pierwszego. Reszta wizji spisanej przez wielkiego Arduina, została usunięta. Jest to wątek, który z każdym zdaniem wzbudza coraz większa ciekawość, a potem stopniowo wszystko się rozjaśnia. Autorka znakomicie buduje napięcie, więc trudno jest odstawić książkę na półkę. Do tego nie oszczędza czytelnikowi zaskoczeń i emocji. Jak wtedy gdy bohaterowie siedzieli w lochach Daligar, czekając na śmierć. Wtedy Yorsh pokazał, że nie wszystko stracone i może nie mam mocy, jaką mu przypisują, ale jednak coś tam potrafi. Mało brakowało, a kolejny nieudolny rozkaz Zarządcy zostałby wypełniony.

"Ostatni Elf" pokazuje rzeczywistość średniowiecza, a więc brud, smród i ubóstwo. Dodatkowo spotęgowane nakazami Zarządcy, które miały wzbudzić strach w mieszkańcach i raz na zawsze pokazać im, kto rządzi. Dzięki tej powieści wiem, że jest to rozwiązanie, ale na krótko. Oprócz tego świat jest przedstawiony tak, jakby w tych zamierzchłych czasach naprawdę istniały elfy, smoki i inne fantastycznie stworzenia, ale wyginęły przez ludzi. Nie dali elfom żyć przez lęk, nienawiść i uprzedzenia. Nie wysłuchali ich. Tak jak my nie słuchamy i tracimy kogoś, kto może nam w przyszłości pomóc. Nie słuchamy koleżanki, bo musimy odebrać snapa... Yorsh uczy kochać to, co jest dookoła i nie ignoruje nawet muchy. Zdechłej muchy, której nadal może pomóc. Powinniśmy się wszyscy od niego uczyć. 

Ocena:10/10
Zobacz więcej >

Delain - The Human Contradiction

fot.: delain.nl
To interesujące jak bardzo rozwijało się moje zamiłowanie do Delain. Zaczęło się od pytania "a cóż to za zespół, że w metalowym świecie staje się coraz to popularniejszy?" Po przesłuchaniu kilku kawałków uznałam go za nic specjalnego, bo nie mieli czegoś super wyróżniającego ich z tłumu. Niestety się pomyliłam. Zaraz po koncercie Sabatonu, na którym ta holenderska grała support, nie mogłam podnieść szczęki z ziemi. Chrallotte Wessels - tak nazywa się wokalistka, która na żywo brzmi znakomicie, czysto, jest charyzmatyczna, wesoła i niesamowicie kobieca. Do tego świetnie pasuje do "świata", w którym Delain się znajduje. Tak, oni pną się w górę, są coraz lepsi i nie dziwię się, bo album, który chcę dziś przedstawić jest, moim zdaniem, ich najlepszym. Szczególnie instrumentalnie przypadł mi do gustu bardziej niż poprzednie.

Zagłębiając się w ich historię, można dowiedzieć się ciekawiej rzeczy. Mianowicie, że Delain został założony przez byłego pianistę Within Temptation (ich nowy album "Hydra" również powala) Martijna Westerholta, zaraz po nagraniu "Mother Earth". I tak oto w 2006 roku można było posłuchać pierwszego studyjnego albumu Delain "Lucidity", który oprócz klawiszowca i wokalistki współtworzony był przez Ronalda Landa i Ray'a van Lente'a na gitarze, Roba van der Loo na basie (swoją drogą, to teraz "przesiaduje" w Epice - wiedziałam, że skądś go znam xD) oraz na perkusji Sandera Zoera.


Na czwartym studyjnym albumie, czyli "The Human Contradiction" z premierą w 2014 roku, skład jest już lekko zmieniony, lecz muszę rzec, że znakomity. Ci ludzie stworzyli razem zgraną grupę, co słychać. Co tym razem zaserwowali?

Album ten rozpoczyna się od kawałka "Here Come The Vultures", który to bardzo lubię śpiewać, bo jedno z wielu, co można zarzucić temu albumowi, to melodyczność. Utwór wprowadza w mroczność i lekką tajemniczość. Powolnie z tej tajemniczości wyprowadza kolejna pozycja na albumie, czyli singlowe "Your Body Is A Beattleground", traktujące o narkotykach. Wchodzimy w głowę narkomana i słyszymy "KILL THE PAIN" z ust Marco Hietali, którego możecie kojarzyć z Nightwish. Ach, uwielbiam jego wokal! Porządne ryknięcia, ale miłe dla uszu. Ogólnie, piosenka ta jest bardzo żywa i doskonale sprawdza się na żywo. "Sturdust", to pierwsze co usłyszałam od Delain. Rzekłabym trochę popowe z początku i niekoniecznie wciągające, ale po kilku przesłuchaniach zyskało sobie moją sympatię. Mimo wszystko, zespół stać na coś o wiele lepszego i bardziej w stronę heavy. "My Masqurade" może się wielu słuchaczom nie podobać, ale od kiedy ja usłyszałam tę piosnkę, to po prostu ją ubóstwiam. Buduje stan odprężenia i zarazem nakłania by:
Take off your mask
And the world will see
The freak in you
The freak in me
Tonight we hide
From judging eyes.
Motywuje do działania i pokazania siebie takim, jakim się jest. Poza tym, cały album ma na tapecie inność, odrębność od innych. Dyskryminacja jest znana od zarania dziejów i dobrze, że ktoś stara się przekazać ludziom, aby szanować siebie i szanować innych, bo każdy ma prawo być sobą. Kolejny utwór na płycie, czyli "Tell Me, Mechanist" mówi o tym, że zmieniamy się z czasem (np. przez ludzi, zupełnie niepotrzebnie). Muzycznie to porządne uderzenie w wykonaniu tego holenderskiego zespołu. Jest mocniej, dzięki kolejnemu gościowi na albumie. Mianowicie George'owi Oosthoekowi, który zapodał odrobinę growlu. Żeby nie było smutno i nudno, w "Sing To Me" powraca Marco. Tym razem możemy posłuchać go trochę dłużej. Jednakże kawałek ten wydaje mi się mało urozmaicony, może przez krótki refren. Niestety nie jest to dzieło najwyższych lotów. Na szczęście po tym przychodzi "Army Of Dolls", które oprócz tego, że ma tekst adekwatny do tego, co się teraz dzieje, to ma przecudowne klawisze. Coś wspaniałego. Charlotte opowiedziała tutaj o kanonach "piękna", które próbujemy naśladować. Ludzie brną do określonego wyglądu, brakuje im własnego zdania, bo mass media mają nas w garści. Conform or be cast out jak to śpiewał Rush. Na uspokojenie mamy "Lullaby", czyli coś lekkiego, ale jeszcze nie balladowego. W tle słychać wystrzały, a Charlotte jak syrena, czaruje głosem. Niezwykle emocjonalny utwór i może doprowadzić nawet do płaczu (ale to już zależy od człowieka, bo w końcu każdy jest inny). Jako ostatnie coś tylko trochę szybszego, z chórem i na deser growlem od kobiety, czyli Alissy White-Gluz. Mowa o "The Tragedy of the Commons", czyli prawdziwej wisience na torcie. Żeby się o tym przekonać, trzeba posłuchać. Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z metalem symfonicznym i to w doskonałym wydaniu. Do tego ta przeciwwaga między ostrą Alissą i delikatną Charlotte. Lubię kontrasty, a tutaj to dostałam i jestem zachwycona.

Biorąc pod uwagę całość "The Human Contradiction", trzeba ująć temu albumowi za kilka nieciekawych kompozycji. Zdarzają się one zawsze, nawet najlepszym zespołom, ale jednak są i wcale nie cieszą. Niektórzy potrafią to przyćmić i słabe kawałki giną, a słuchacze mówią o płycie - zajebista! W przypadku Delain niekoniecznie to ma miejsce. Nie podbili też świata, ale zrobili kawał dobrej roboty. Widzę i słyszę, że są coraz lepsi i to jest w tym wszystkim piękne. Że można podążać za kimś i widzieć jak się wzbija. Wtedy samemu się nabiera motywacji. A jeszcze gdy zespół wypełnia twoje myśli wartościowymi tekstami...

Na koniec pragnę dodać, że  bądź co bądź, uwielbiam ten album. Będę darzyć go sentymentem jako ten, który pokazał mi Delain od najlepszej strony i już niedługo otworzy mnie przed jego jeszcze lepsza odsłoną.




Tytuł: The Human Contradicion
Autor: Delain
Gatunek: metal symfoniczny
Data wydania: 4 kwietnia 2014
Czas trwania: 42 min.
Lista utworów: 1. Here Come the Vultures; 2. Your Body Is a Battleground;3.  Stardust; 4. My Masquerade; 5. Tell Me, Mechanist; 6.Sing To Me; 7. Army of Dolls; 8. Lullaby; 9. The Tragedy of the Commons
Ocena: 7.5/10


Zobacz więcej >

John Lee Hancock - Wielki Mike

W tym pości chciałam się z Wami podzielić przemyśleniami na temat filmu "Wielki Mike", który wczoraj obejrzałam. Rzadko się zdarza, uwierzcie mi, że zostaję, by skończyć seans po reklamach (jeśli mówimy o TV). W przypadku tego dzieła dzielnie pilnowałam pilota, by mi go przypadkiem ktoś nie podprowadził i nie przełączył na Polo TV. Mimo że nie lubię realizacji o sporcie, to dla tego zrobiłam wyjątek. Bo oprócz tego, że film ten opowiada historię bezdomnego chłopaka, który staje się gwiazdą futbolu (brzmi znajomo?), to zawiera wciągającą historię opartą na książce "The Blind Side: Evolution of the Game" Michaela Lewisa.


Mianowice produkcja przedstawia losy Michaela Ohera, który ma bardzo postawną budowę i ciemny kolor skóry. Pochodzi z bardzo nieprzyjaznej dzielnicy, nie ma domu, matka jest ćpunką, a on dostaje szanse na naukę i lepsze życie. Niestety wszystko to powoli zaprzepaszcza. Nie uczy się, nie odzywa i nikt za bardzo za nim nie przepada. Bieg rzeczy powoli się zmienia, gdy okazuje się, iż Michael jednak potrafi się uczyć. Mało tego, nie jest głupi. Potrzebuje tylko warunków, pomocy i wsparcia. Na szczęście jego losy toczą się tak, że zostaje przygarnięty przez bogatą rodzinę. Michael czuje się szczęśliwy i rodzina, która wzięła go pod swój dach, wcale tego nie żałuje. Bezdomny chłopak staje się jej członkiem.

Po tym filmie widać, że start bywa trudny, ale gdy ma się kogoś, kto potrafi kopnąć w tyłek i zmotywować, wszystko jest możliwe. Co z tego, że Michael miał siłę, by brać udział w, moim zdaniem, brutalnej grze w futbol, skoro był bardzo sentymentalny? Nie potrafił używać... przemocy. Wszyscy byli zachwyceni jego posturą. Było pewne, że będzie się nadawał. Okazało się trochę inaczej. Ktoś musiał to zmienić albo chłopak skończy jak reszta z jego dzielnicy.

Wspaniałą rolę odegrała Sandra Bullock. Wierzcie mi albo nie, ale od teraz po prostu ją uwielbiam. A jeszcze bardziej postać, w którą się wcieliła. Piękna kobieta sukcesu. Silna, pewna siebie i mądra. Wie, co robi i wie, czego chce. Nie boi się pomóc nieznajomemu nastolatkowi. Zawsze ma ostrą ripostę, trzyma na swoim i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nikomu. Nawet nie okazuje strachu, gdy sama przemierza ulice miejsca zamieszkania Michaela. Jej zaangażowanie pomogło mu odnaleźć siebie, a jej dało to przeogromne szczęście i spełnienie. Chciałabym kiedyś móc zobaczyć w sobie taką kobietę, która oprócz tego, co napisałam powyżej, wie jak zadbać o rodzinę. Zawsze zachowuje zimną krew i na pierwszym miejscu stawia spokój.

fot.: filmweb.pl

W filmie tym była scena, która bardzo mną wstrząsnęła. Trochę spoiler będzie. Był to wypadek, który spowodował Michael. Jechał nowym samochodem, który dostał od nowej rodziny, razem z nowym bratem, który był tylko dzieckiem, ale kawał z niego mądrali. Wszystko pięknie, ładnie, jest wesoło, ale przez nie uwagę, samochód uderza w inny pojazd. Krew, potłuczone szyby i moje zmartwienie "co teraz?" Myślałam, że mały umrze, Michael będzie ciężko ranny, a samochód do kasacji. Ku mojemu zaskoczeniu, tylko ostatnia teza się sprawdziła. S.J. - chłopiec - wyszedł z tego cało i jeszcze żartował, czy krew się spierze. Chociaż ujęcie obok karetki z jego udziałem, wyglądała przerażająco. Michael go uratował. Zatrzymał ręką poduszkę, która zgniotłaby małego. I tylko ta ręka lekko ucierpiała. Co zrobiłaby większość mam w obliczu takiej sytuacji? Może szlaban, jakieś kazanie, nigdy więcej samochodu i, nie daj Boże, złość. A co zrobiła postać odtwarzana przez Bullock? Na początku przestraszona, podeszła do Michaela, zapytała gdzie S.J., upewniła się, że nic mu nie jest, po czym zaczęła pocieszać Michaela. Bez żadnych kazań... Przecież każdemu może się zdarzyć. Poza tym nie potrafię sobie wyobrazić szoku Wielkiego Mike'a.

Dzieło to jest świetnie zrobione. Chociażby przez powyższą scenę. Jak na dramat przystało, ruszył mną i wcale nie sprawił, że przez patrzenie na piłkę do futbolu i dziką dzielnice (o jakich pełno filmów), miałam ochotę pójść sobie Facebook'a poprzeglądać. To tylko świadczy o tym, że ten film, to nie jest byle co. Z tego, co czytałam, to Sandra Bullock dostała Oscara i Złoty Glob dzięki tej produkcji. Nie dziwię się i serdecznie Wam go polecam.
Zobacz więcej >
Melomol © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka