Lindsey Stirling - Shatter Me


Kiedy kariera się rozwija, zazwyczaj korzysta się z okazji i płynie na fali. Ma się coraz więcej i z chęcią daje to fanom w postaci nowego albumu, gadżetów czy bardziej efektownych koncertów. Tak zrobiła Lindsey Stirling i ponownie pokazała, że to co robi, jest jej miłością. Nie przepuszcza żadnej okazji, by pokazać to ludziom i korzysta z kolejnych współprac oraz pomysłów.


Amerykańska skrzypaczka po ogromnym sukcesie swojego debiutanckiego krążka (recenzja), nie poprzestała na tym i wróciła z nową odsłoną swoich kompozycji w 2014 roku na Shatter Me. Ponownie łącząc dźwięki swojego głównego instrumentu, czyli skrzypiec (odpowiadającego za klasyczność jej muzyki) oraz elektronicznych dźwięków, wzbogaciła swoje utwory o wokal. Nie tyle wokalizy, co prawdziwe wyśpiewane teksty.

Pierwszą piosenką, którą może poszczycić się Lindsey jest tytułowe Shatter Me, w którym gościnnie zaśpiewała fenomenalna Lzzy Hale (Halestorm). Skrzypaczka wiedziała czego szuka, ponieważ siła w głosie na miarę Amy Lee dodała temu kawałkowi to coś i wykrzyczane wręcz słowa w refrenie, nie pozostawią wątpliwości co do wyjątkowości tego utworu. W We Are Giants, w którym gościnnie pojawiła się Dia Frampton już takie ładne i emocjonalne nie jest. Według mnie za bardzo słodkie, za bardzo cool i swag (kolejny utwór na płycie nosi tytuł Swag, ale jest wyrafinowanie pozytywny, nieprzytłaczający i wpisuje się w ten swagowy klimat swoim wyluzowanym bitem). Zresztą ten efekt potęguję cukierkowy głos wokalistki i miejscami mam wrażenie, że to nie jest Lindsey, to niej jej muzyka. Po prostu słabo.


Poza tym na płycie znajduje się kilka nowszych rozwiązań, które raz wychodzą lepiej, a raz gorzej. Przede wszystkim mam wrażenie większej ilości maszyn, ale również perkusji i gitar elektrycznych, a skrzypce bardziej wtapiają się w całość jak w Mirror Haus czy V-Pop, gdzie i tak moment wybicia się się Sitriling z jej instrumentem, jest najlepszy. Słychać, że bohaterka recenzji podszlifowała warsztat. Szczególnie udowodniła to w znakomitym Rountable Rivals, gdzie dzieję się, oj dzieje. Najpierw zwyczajna dla Lindsey kombinacja, po czym wszystko się rozkręca większą ilością dźwięków, by na chwilę się wyłączyć i dać miejsce dla elektrycznych gitar, z którymi za chwilę zaczynają konkurować skrzypce. Prawdziwe pole walki, gdzie nuty przerzucane są z jednego na drugie, a ich połączenie jest zwieńczeniem tego dzieła. Energicznie i z pazurem.

Wolniejsze utwory na przypominają odrobinę pierwszy album, chociaż mają ten wspólny mianownik Shatter Me. Takie Beyond The Veil ze znakomitymi dubstepowymi wstawkami i tym pociachanym dźwiękiem skrzypiec jak w Moon Trance. Oczywiście bardzo podobają mi się zmiany tempa, które narasta, zwalnia i co tam jeszcze może, tak bardzo wzbogacają całość, że szybko się nie nudzi. Podobnie jest zresztą Take Flight, który jakimś cudem osiągnął efekt szybowania w przestworzach gładką melodią i wysokimi dźwiękami.

Ogólnie rzecz biorąc, spokojniejsze utwory są o wiele lepsze, dzięki wrażeniu dopracowania i ambicji. Chociaż tego nie można odebrać całemu krążkowi, bo tym razem Stirting zaprezentowała coś dojrzalszego i świeżego, ale już bez tak dużego wkładu. Znowu jest połączenie dwóch różnych światów, z którym jest całkiem dobrze, chociaż czasami mam wrażenie, że coś odstaje czy przytłacza, a przede wszystkim, że idzie bardziej pod publikę chociaż tytułowa piosenka z Lizzy Hale jest idealna i trafiona pod każdym względem.



Tytuł: Shatter Me
Autor: Lindsey Stirling
Gatunek: classical crossover, dubstep
Data wydania: 29 kwietnia 2014
Czas trwania: 47 min. 7 s
Lista utworów: Beyong The Veil, Mirror Haus, V-Pop, Shatter Me, Heit, Reundtable Rivals, Night Vision, Take Flight, Ascendance, We Are Giants, Swag, Master Of Tides
Ocena: 7/10




fot.: ||read|| (skadrowanie, licencja) 

Podobało się? Udostępnij:

8 komentarzy :

  1. Uwielbiam Lindsay :) Jest niesamowita!

    OdpowiedzUsuń
  2. No to najwyraźniej muszę nadrobić twórczość Lindsey, bo z płyty znam tylko tytułową piosenkę "Shatter Me". Ale ogólnie lubię jej twórczość i na pewno płyta mi się spodoba. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam ją, a słysząc tytułową piosenkę mam po prostu ciary na plecach :) Lindsey wymiata :) a chyba tego nie mówiłem ale pięknie tu u ciebie :)

    Z przyjemnością chciałem poinformować, iż nominowałem Cię do Liebster Blog Award
    http://www.comysleo.pl/2015/09/liebster-blog-award-3-i-12.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Oooo :D o tej wokalistce nie słyszałam. Podoba mi się jej muzyka :D zaraz poszukam jeszcze innych kawałków

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaskoczył mnie duet z Lzzy z Halestorm.

    Nowa recenzja na http://the-rockferry.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo lubię Lindsay :) Słyszałam o niej już dużo wcześniej. Jestem fanką pierwszej płyty ,a drugą nie jestem bardzo zawiedziona. Fakt, niektóre kawałki są po prostu przesłodzone i nie w stylu Lindsay, ale może chciała coś zmienić i pokazać coś innego ;)
    Bardzo podoba mi się twój blog :D
    Zapraszam do mnie
    http://thatwhatyouneed.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Melomol © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka