Take That - III

Jak to się zaczęło? Ach, tak! Był to bardzo nudny zimowy dzień roku 2011. Znużona przerzucałam bezmyślnie kanały w TV, nie mając w tym żadnego celu. W końcu zatrzymałam się na czymś, w czym przyznawano nagrody muzykom. Byli tam Oni. Wyszli na scenę w najbardziej efektowny sposób, jaki kiedykolwiek mogłam podziwiać. Zaprezentowali nienaganną choreografię, która wpasowywała się w muzykę z lekkim wydźwiękiem lat 90, tworząc prawdziwe przedstawienie. Show powoli się rozkręcało, a w punkcie kulminacyjnym, gdzie wszystko zaczęło żyć, już wiedziałam, że to jest to. Moja pierwsza miłość. Take That.

Take That III recenzja


Recenzję najnowszego krążka Take That miałam napisać już dawno, ale chciałam z tym albumem się dobrze zapoznać, ponieważ chłopaki wrócili mocno odświeżeni i niestety trochę za bardzo przefiltrowani. Odejście Jasona Orange'a sprawiło, że z kwartetu zrobiło się trio. A najlepsze jest to, że zaczynali w piątkę razem z, na pewno wszystkim znanym, Robbie'm Williamsem. No cóż, najważniejsze, że wydali kolejną płytę! Jest to ich siódme studyjne dzieło, które na świat przyszło 28 listopada 2014 roku. Brytyjski boysband po krótkiej przerwie znowu przybył, by podbijać playlisty i kolejne serca kobiet. Po powyższym opisie możecie domyślić się, że moje już dostali, ale nie mogę oszczędzić im odrobiny krytyki.

Moje drogie gwiazdy lat 90 ciut za mocno skręciły w stronę Coldplay, co ma i zalety - rockowy wydźwięk, i wady - odjęcie od oryginalności. Już w pierwszym utworze, który nosi tytuł "These Days" można wyczuć odrobinę wyżej wymienionej grupy, ale poza tym jest to piosenka maksymalnie przepełniona pozytywnymi emocjami, którą mogę polecić wszystkim smutasom. W kolejnym kawałku, czyli "Let In the Sun" jest rześkość. Esencja życia i pobudzenie do działania. Gary'ego przepełnia energia, a chórki dodają dynamizmu. Niestety tu bardziej zalatuje mi Coldplay'em, co i tak przestaje mieć znaczenie, bo uwielbiam tę kompozycję właśnie za jej żywość. Kolejna pozycja - "If You Want It" - jest podobna do poprzednich, ale już mniej urozmaicona i staje się trochę nużąca. Jednakże gdy ktoś potrzebuje motywacji, to nie ma nic lepszego do odpalenia w słuchawkach. Sytuacja z jednostajnością na szczęście odwraca się w "Lovlife", ponieważ tym razem główny wokal należy do Marka Owena, czyli gościa z najlepszą barwą głosu w Take That. Dodaje on lekkiej melodii z akustyczną gitarą  w tle nieco ciężkości. Tworzy się równowaga i teoretycznie przeciętny utwór, zaczyna się wyróżniać. W "Portait" powraca Gary Barlow i wyprowadza z pozoru wolnej kompozycji do... znowu takiej z ikrą. Dobrze, że są te chórki, które zmiękczają ten efekt, bo trochę mi brakuje smętów. No i dostaję coś wolniejszego w "Higher Than Higher", które wzbogacone zostało w takie dźwięki, których jeszcze nazwać nie potrafię, ale kojarzą mi się z filmikami vlogerek i wcale nie są przyjemne dla moich uszu. Rzekłabym, że to nijaki utwór, ale ten wokal będzie mnie rozbrajał już do końca moich dni.


Jestem skłonna powiedzieć, że "I Like It", to najlepsze, co się przytrafiło temu albumowi. Zaczyna się podobnie do  "Love Love" z poprzedniej płyty i również zabiera mnie w kosmos, zmuszając do śpiewania. Mimo tego podobieństwa, to powinien być singiel. Kiedy pierwszy raz usłyszałam ten kawałek, to pomyślałam, że to cover jakieś starej kapeli rockowej. Może dziwne miałam skojarzenie, ale to jest po prostu majstersztyk! Jest gitarka, chwytliwy refren i można robić imprezę. Z kontynuacją dobrej passy, która się rozpoczęła, przychodzi Howard Donald w "Give You My Love". Wracamy do korzeni i mamy coś, co pachnie latami 90 i początkami działalności boysbandu. Tępo zwolniło i żeby dopełnić mojego pragnienia, Gary rozpoczyna balladowe "Freeze". Nareszcie się doczekałam! Jak tego słucham, to czuję jak bym latała. Dobrze, że pod koniec Mark i Howard dzielą się zwrotką, ponieważ moje szczęście sięga zenitu (prawie - gdyż potrafią stworzyć coś o wiele lepszego). Po tym następuje bardziej elektroniczne "Into The Wild" wyśpiewane przez Owena, który wyciąga ostatnie partie w refrenie, czego mi bardzo brakowało. Jak na razie chłopaki czytają mi w myślach.

"Flaws" to prawdziwe dzieło do bujania, z pianinem na początku i płynnym połączeniem z innymi instrumentami w dalszej części. Bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza że pan Barlow chwali się tutaj swoją umiejętnością wydobywania wyższych dźwięków. W jego wykonaniu to naprawdę nie tuzinkowa sprawa. Niestety tę piękną część zamyka "Get Ready For It", które na powrót do złudzenia przypomina Coldplay, po czym następuje nie ciekawe "Believe" z gitarą elektryczną robiącą za tło. Lecz nawet to mnie nie przekonało do tej piosenki. Kolejne "Amazing" ciągnie dalej tę mniej interesującą część albumu. Wolna melodia, której mi brakowało, teraz zaczyna męczyć. Za to mamy chórki, które odsyłają do pierwszych dzieł tego popowego zespołu i ratują sytuację. Zamykający "III" "Do It All For Love" jest nadal spokojny, ale bardziej chwytliwy, za co możemy podziękować głównie wokalowi Marka. Muzyka sprawia, że mamy ochotę, i poruszać nogą, i trochę się pokołysać.

Biorąc po uwagę cały album, mamy na nim więcej żywych instrumentów niż maszyn, co jest na bardzo duży plus. Chociaż nie osiągnęli tego, co moim zdaniem na ich największym dziele "Beautiful World" z 2006 roku (które też Wam chętnie przybliżę), to gitary, pianino i perkusja są obecne. Na poprzednich dwóch wydawnictwach sobie je raczej podarowali. Dlatego też Take That pokazało się w nowej odsłonie, która powiewa świeżością i energią. Obrali inny kierunek, który nie jest może jakimś wielkim odkryciem, ale widać, że chłopaki eksperymentują z muzyką. A między innymi o to w tym wszystkim chodzi. Fakt, przytrafiło im się kilka nieciekawych i płytkich wytworów, jednakże im to wybaczę za to, że potrafią wzbudzić lawinę pozytywnych emocji.


Ocena 6.5/10

Podobało się? Udostępnij:

12 komentarzy :

  1. Z nazwy nie kojarzę tego zespołu, chociaż możliwe, że gdzieś słyszałam ich piosenki. Po przesłuchaniu utworu który jest w poście stwierdziłam "może być, ale brzmi jak wszystko na esce" Czyli nie moja muzyka ;P

    http://lazurytoweniebo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powinnaś się zniechęcać, ponieważ ten zespół odwalił kawal dobrej roboty np. na wyżej wspomnianym "Beautiful World", który z chęcią przybliżę ;)

      Usuń
  2. Ty moja recenzentko. <3 Bosko piszesz, ja też muszę w końcu się nauczyć pisać recenzje, jak na teraz... nie wychodzi nic. :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny post :) wy-stardoll.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna recenzja :D http://somesty.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej! Nominowałam Cię do Liebster Blog Award. Mam nadzieję, że odpowiesz :)
    http://life-ishappiness.blogspot.com/2015/06/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  6. Muszę bliżej zapoznać się z ich płytami :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Hm to nie mój gatunek :D Choć okładka fajna :3

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie słyszałam wcześniej o tym zespole, ale dzięki tobie na pewno zapoznam się bliżej z ich muzyką. <3

    http://perfectionisnotforus.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej :) Chciałam tylko poinformować, że wzięłyśmy udział w Liebster Blog Award :)

    http://threecatsproject.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Hej ! Nie kojarzę tego zespołu, ale posłuchałam piosenek, o których napisałaś. Nawet spoko, chociaż wolę inne klimaty ;)
    Obs za obs ?
    dogsandloves.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Pojawiła się całkiem realna szansa na pierwszy koncert Take That w Polsce,
    W tym celu organizowana jest wspólna akcja fanów zespołu.
    Stąd też moja prośba o lajka oficjalnej polskiej strony TT na FB - https://www.facebook.com/TakeThatPoland/

    Jeżeli jesteś na Twitterze, to można śledzić nas jako @TakeThatPoland
    Oczywiście zachęcam również do zaglądania na polską grupę TT, gdzie dzieje się całkiem sporo! Jest nas coraz więcej...
    Pozdrawiam WSZYSTKICH :)))

    OdpowiedzUsuń

Melomol © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka