Horrory, dreszcze i wejrzenie w przyszłość po świętach - premiery stycznia

Ogłaszam koniec leniuchowania. Brać się do roboty! Trzeba się w końcu jakoś przegotować do zabawy sylwestrowej. Tuż po niej pierwsze nowości roku 2016. Zebrałam trochę tytułów i jestem zdziwiona, jak bardzo są podobne gatunkowo. Będzie dość ponuro...


Szukając premier na przyszły miesiąc, byłam zdumiona jak wiele z nich trafia całkowicie w mój gust. Jest mnóstwo thrillerów, dramatów, horrorów, science-fiction... Wśród filmów znalazła się jedna komedia o bardzo interesującym tytule, kojarząca się z pewną bardzo popularną książką. Warto sprawdzić. 

Muzycznie jestem bardzo zadowolona. Będzie czego słuchać. Szykują się kolejne hity.

Jeśli coś Was zaintryguje, klikajcie na obrazek, a przeniesiecie się do opisu. Zobaczcie dlaczego mnie przyciągnęły. 

KSIĄŻKA



MUZYKA



FILM



Wbrew pozorom robienie takiego posta zajmuje bardzo dużo czasu. Trzeba przejrzeć wszystkie odpowiednie strony, wybrać jakieś tytuły, potem je tu zaprezentować... W każdym razie to bardzo przydatne zajęcie, rzekłabym. Potem nie jestem zaskoczona, że pojawiło się coś, co umili mi to szare ziemskie życie, a ja o tym nie wiem! Jak sami pewnie wiecie, co chwila pojawia się coś nowego. Po czym przychodzi oddzielanie plew od ziarna...

Co Wy złapaliście
Zobacz więcej >

Gdzie jest ostatni Jedi? Kilka słów o Przebudzeniu Mocy

Gdzie jest ostatni Jedi? Kilka słów o Przebudzeniu Mocy

Trudno jest dorównać wcześniejszym dziełom zwłaszcza, gdy odniosły one sukces. Dodatkowo zostały uznane za kultowe. Klasa sama w sobie, majstersztyki, dzieła... i tak dalej. Znane na całym świecie, bo ktoś chociażby raz nie słyszał o Gwiezdnych Wojnach? Podbiły świat i zyskały silną oraz ogromną rzesze fanów. Wiernych fanów. Jak tacy osobnicy przyjęli do swojej świadomości kolejny epizod pod batutą zmienionej ekipy? 


W kinie byłam. Obejrzałam, więc pragnę podzielić się z Wami własnymi odczuciami na temat Przebudzenia Mocy. VII części Gwiezdnych Wojen w reżyserii J.J. Abramsa - już nie twórcy number 1 Georga Lucasa (ani Irvina Kershnerczy'a czy Richarda Marquanda), bowiem wielkie uniwersum przejęte zostało przez Disney'a. I tutaj mogło pojawić się pierwsze kręcenie nosem, bo ale jak? To już nie będzie to samo! Zanim jednak przejdę do moich wywodów, uprzedzam, że w tekście znajdują się spoilery, więc kto nie chce ich czytać, niech wróci po oglądnięciu filmu.

Akcja Przebudzenia Mocy rozgrywa się około 30 lat po wydarzeniach z Powroty Jedi. Nastał Najwyższy Porządek, który próbuje pozbyć się ostatniego Jedi. Poszukiwany Luke Skywalker dobrze się ukrył, ale udaje się zdobyć mapę, która ma doprowadzić do miejsca, gdzie przebywa. Znajduje się ona jednak po drugiej stronie mocy, więc nowi przedstawiciele ciemnej strony, chcą ja usilnie odbić. Po masakrze jaką robią szturmowcy, mapę na przechowanie dostaje droid BB-8, który po wielu perypetiach dociera na Jakku. Tam odnajduje go Rey i wraz ze szturmowcem-buntownikiem, odkrywają sekret BB.

Od razu muszę wspomnieć, iż fabuła nie jest najmocniejsza stroną Przebudzenia Mocy. Tym razem chodzi o coś innego. Bohaterów. Starych i nowych. Co mi tam po tajemniczej mapie i szukaniu Luke'a. To tylko dodatek do wielkich wejść kolejnych postaci. Główny wątek jest tylko głównym wątkiem. Nie wydał mi się zbyt wyraźnie nakreślony. Albo tylko moje odczucie takie było. Skupiłam się na tym, co się pojawiło oraz na tym, co już było. Cała ta część to wielkie wprowadzanie. Dopiero wszystko się zacznie. 

J.J. Abrams zaserwował nie małą dawkę zaskoczeń. Już mnie szczęka bolała od tego siedzenia z otwartymi ustami. Pomijając efekty specjalne: Najpierw Najwyższy Porządek, od którego powiewało grozą, chociaż nie dało się go dobrze zbadać. Nowe wielkie COŚ na kształt Gwiazdy Śmierci, ale... większe. Zdecydowanie. Potem zbuntowany szturmowiec, o którym później. Śmierć Hana Solo! Ja się zastanawiałam jak można było to zrobić. Najpierw radość o to ten od Sokoła Milenium, a potem dziug i przepaść. Wielkie wejście i zejście (na szczęście z honorem). 


Ciągnąć temat starych bohaterów (którzy byli kiedyś młodzi). Księżniczka Leia, którą wszyscy nazywali i nazywają księżniczką, ujawniła się jako pani generał. Nikt nie stękał, że nie będzie słuchał kobiety, a ja takie postacie lubię - z oczywistego robią nieoczywiste. Tak trzymać! Chociaż ją też reżyser pokarał. Wtedy nie wyglądała na silną. Zabrać ukochanego i obdarzyć synem nieudacznikiem - bajka. A co czuł Chewie, kiedy jego wieloletni towarzysz został zabity i nawet nie będzie wąchał kwiatków od spodu (planeta posiadająca niesprzyjające warunki do wzrostu roślin)? To jedna z najdramatyczniejszych scen, jakie widziałam. Chociaż nie rozumiem bólu R2-D2 po odejściu Luke'a. W końcu R2 nie jest człowiekiem. Mimo to, szkoda, że dobry kawał filmu był niedysponowany. Jak to kiedyś wspomniał C-3PO: typowa puszka smaru. Na Skywalkera też czekałam. Cały film słuchajcie. Ciągle o nim rozmawiali i byłam pewna, że go znajdą, on rozwali co trzeba i będzie koniec. Tymczasem stanął naprzeciwko Rey, nie wypowiedział ani słowa. Dodam, że tak kończy się film. Muszę wiedzieć, co stanie się dalej!

Rey okazała się znakomitą postacią ukazującą nowe pokolenie w filmie. Babka, która wie jak o siebie zadbać. Z charakterem, silną wolą i... mocą. Ale też z tęsknota skrywaną głęboko w sobie, która hamuje ją przed każdym krokiem naprzód. Poznajemy ją jako ciężko harującą na przeżycie złomiarę. Żegnamy jako bohaterkę Przebudzenia Mocy. Finn, FN-2187, zbuntowany szturmowiec, również jest wyjątkowy, bo niby jest tym, kim jest, ale nie jest... A nie jest tym kim jest, bo  nie chce być, gdyż chce być tym, kim on chce być. Czaicie? Tak bez zawiłości - postanowił sobie, że skończy z tymi popaprańcami i zacznie żyć według jego poczucia moralności. Prowadzi akcję filmu. Łączy wątki. Typowy bohater buntownik, ale polubiłam go. Nie da się go nie lubić.

Byłabym zapomniała o Poe. Tym gościu, który postanowił oddać mapę BB-8. Postąpił słusznie, bo złapali go szturmowcy. Od tamtej pory powinien zginąć jakieś tysiąc razy. W jednym przepadku nawet mu się udało, ale jakoś wrócił zza światów i rozwalał wielkie COŚ.

Intrygującą i zadziwiająco przystojną postacią, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się zmasakrowany (maska) jak Vader po pływaniu w lawie, jest Kylo Ren. Znany tez jako Ben - syn Hana Solo i Lei Organy. Ten, który zabił i zdradził. Wygląda strasznie dzięki masce, gra obojętnego, zimnego zwyrodnialca, a tak naprawdę jest słabym, małym chłopaczkiem. Kiedy Solo nakłaniał go do powrotu wydawał się mięknąć, ale pomyślałam on jest zbyt charakterystyczny, żeby tak od razu zniknąć z tego filmu. Nie zniknął. Czy zabicie własnego ojca mogło go podbudować? Postać odtworzona przez Adama Drivera jeszcze zdecydowanie ma wiele do pokazania. A, to on ma ten fajny miecz świetlny, który zrobił taką furorę. I przeszył Hana (nie mogę się pozbierać).

Liczyłam, że tacy fajni bohaterowie znajdą się na wypasionych planetach, ale coś z tymi lokacjami słabo poszło, bo żadna z nich nie dorównała tym wcześniejszym. Żadnego Naboo ani Hoth - tylko Jakku, które wyglądało jak Tatooine. Poza tym żadna z VII epizodu nie zapadła mi w pamięci. Chociaż... ta, na której znajdował się Luke wydawała się najbardziej oryginalna. Liczę, że zapoznamy się z nią bliżej w przyszłości.

Muzyka jak zwykle wspaniała. Tworzona przez tego, który zna się na tym od lat, czyli Johna Williamsa. On wie co dobre i niezmiernie się cieszę, że zajął się ścieżką dźwiękową, mimo sędziwego wieku. Pewnie wiecie, że trudno byłoby zrobić coś tak genialnego. Tylko mistrz mógł mierzyć się ze swoim mistrzostwem.

Przebudzaniem Mocy zawiedziona nie jestem. Za to moje podekscytowanie sięgało zenitu. Z sentymentu prawie płakałam.Od zobaczenia Sokoła Millenium aż do ujrzenia brody Luke'a Skywalkera. Stara miłość nie rdzewieje, a ja kocham Gwiezdne Wojny. Nowi bohaterowie dołączają do listy osób, którym będę kibicować. Nie panie J.J. Abramsie, nie zrobił pan tego, czego się obawiałam. Nie zniszczył pan nic (może oprócz Hana Solo R.I.P.).


Gdzie jest ostatni Jedi? Kilka słów o Przebudzeniu Mocy
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Lawrence KasdanJ.J. AbramsMichael Arndt
Tytuł: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy
Kategoria: science-ficton
Premiera: 18 grudnia 2015
Ocena: 9/10






fot.: Lucasfilm
Zobacz więcej >

Czytelnicze nawyki Sweet Little Kath

Czytelnicze nawyki

Tag o książkach? Czemu nie. Przedstawiam moje kilka zdań na temat czytelniczych nawyków. Oczywiście zachęcam wszystkich do odpowiedzi na poniższe pytania.


Nie ma co ukrywać, święta się zbliżają (no nie ma co okrywać, nie ma...), czyli będzie wolne od szkoły, a co za tym idzie więcej czasu na czytanie! Ostatnie poprawianie ocen jutro. Życzę wszystkim powodzenia w tym trudnym dniu. Wiem, że różne blogowe tagi potrafią odstresować, więc pomyślałam: a! dodam jeden. Dzięki Detektywowi Książkowemu napisałam odpowiedzi na pytania z tagu, który polega na przedstawieniu swoich czytelniczych nawyków.

Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Nie czytam nigdzie indziej niż w łóżku. Inaczej nie potrafię. Nie wygodnie mi siedzieć, a tym bardziej stać. Łóżeczko, ciepła kołderka (z jakimś ładnym wzorkiem) – ciepło, milutko, tylko czytać.

Czy w trakcie czytania używasz zakładek czy przypadkowych świstków papieru?
Zależy co mam pod ręką. Jeśli wcześniej przygotowałam sobie zakładkę, to jest duże prawdopodobieństwo, że jej użyję. Jeśli nie, to wezmę byle co, nawet kapcia.

Czy możesz po prostu przestać czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?
Mogę po prostu przestać, ale wolę dojść do końca rozdziału, a nie tak się zatrzymywać w pół zdania. To tak jakbym coś komuś opowiadała, nagle przestała, poszła do kanapkę, zjadła ją i znowu podjęła dalsze opowiadanie (realia messengera).

Czy pijesz albo jesz podczas czytania?
Staram się tego nie robić, bo nie wiadomo, co może się stać, ale zdarza mi się i jeść, i pić. Oczywiście to dodatkowe ryzyko dla łóżka. Raz już wylałam na nie cały kubek herbaty (brawo, ja!).

Czy jesteś wielozadaniowy? Czy potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
Nie mam pojęcia jak można oglądać film i czytać książkę jednocześnie. Nie dość, że nie ma to sensu, to jeszcze jedno drugiemu przeszkadza. Słuchanie muzyki to już z kolei inna sprawa. Jak się ją odpowiednio dobierze, to jest doskonałym tłem do opowieści. Odcina nas od świata zewnętrznego. Zostajemy tylko my i książka.

Czy czytasz jedną książkę czy kilka na raz?
Nie chcę czytać kilku książek naraz, bo gdybym zaczęła, to potem nie wiedziałabym, którą wziąć do ręki i dokończyć. Zdecydowanie wolę zacząć jedną i tę jedną skończyć.

Czy czytasz w domu czy gdziekolwiek?
Czytam w domu. Inne miejsca mnie rozpraszają, nie potrafię się skupić, bo nie wiem, co w tym miejscu może się za chwilę wydarzyć. Dom to oaza bezpieczeństwa i mam do niego zaufanie.

Czy czytasz na głos czy w myślach?
Czytam w myślach, ale czasami włącza mi się tryb głośny. I wychodzi, że gadam do siebie.

Czy czytasz na przód, poznając zakończenie książki? Pomijasz fragmenty książki?
Jak już czytam to tylko od początku do końca. Chyba, że książka jest nudna.

Czy zaginasz grzbiet książki?
Jeśli czuję taką potrzebę. Poza tym nie mam takiego nawyku.

Tak to wygląda u mnie. A u Was?

Jeszcze chciałam wspomnieć... Co ze mnie za blogerka?! Co z tego, że założyłam stronę na Facebooku, skoro ciągle o niej zapominam? Cóż, mimo to zapraszam Was tam serdecznie, bo zapewniam, że polubienia przypominają mi o istnieniu tego miejsca. Autoreklama.

Jak już pisze, to jeszcze zapodam rozkminę dnia. Ciekawe co by było gdyby moje szalony myśli dobiegły do kanału na YouTube? W sumie już dobiegły. Wiecie jak to jest. Kiedy ogląda się tych wszystkich blogerów, chce się robić to, co oni. I przychodzi taki zapał do tworzenia czegoś jeszcze. Ja mam nawroty średnio co miesiąc, ale nie potrafię się odważyć. Jeszcze. Do zobaczenia kiedyś w cztery oczy na YT... Obecnie FB, na którym będę dodawać to, czego tutaj nie opublikowałam, bo coś mi leń przeszkodził.

Pozdrawiam :)

Zobacz więcej >

Popatrzcie, zanim zamkniecie oczy na zawsze


Anthony Doer - Światło, którego nie widać

Dzisiaj jest nam sobie trudno wyobrazić wojenny świat. Trudno zdać sobie sprawę, jak było ciężko i ile razy ludzie musieli robić coś wbrew sobie. Anthony Doerr, zdobywca Pultizera za Światło, którego nie widać, dokonał mistrzowskiego czynu. Opisał życie przed, podczas i po wojnie. Życiem wykreowanych bohaterów pokierował zaskakująco, ale realistycznie. Najgorzej jest złączyć, a potem rozłączyć. 


Marie-Laure LeBlanc mieszka wraz z ojcem w Paryżu. Gdy jako mała dziewczynka traci wzrok, ojciec bardzo się stara, aby jego córka mimo to sobie poradziła. Buduje dla niej miniatury miasta z drewna, oprowadza po ulicach... Gdy rozpoczyna się wojna, oboje przenoszą się do Saint Malo, gdzie mieszka stryjeczny dziadek Marie-Laure. Niedługo po tym LeBlanc zostawia dziecko, a dziewczyna domyśla się, dlaczego musiał wyjechać. Wojna zaczyna nabierać na sile, a ojciec nie pojawia się w domu.

Równolegle toczy się historia Wernera Pfenninga. Wychowanka niemieckiego domu dziecka, który trafia do Wermachtu, aby wykrywać wrogie stacje radiowe. Widząc ból oraz cierpienie, budzi się w nim odraza. W końcu trafia do Saint Malo, okazując tam serce. W miejscowości tej znajduje też to, co trzymało przy nim wiarę na lepsze jutro.

Bohaterowie książki nie zostali hojnie obdarowani przez los. Spotyka ich mnóstwo przeciwności, a tymi małymi chwilami szczęścia, cieszą się tak, jak wielu z nas nie potrafi. Marie-Laure to dziewczyna godna podziwu ze względu na to, co ją spotkało i jak sobie z tym radziła. Co prawda miała ojca, który dbał, aby się nie poddała, ale bez jej udziału nigdy nie dokonałaby i przeżyła tego, co jej się udało. Z kolei Werner miał siostrę, którą kochał najbardziej na świecie i robiąc cokolwiek, myślał o niej. Chociaż życie w domu dziecka nie było kolorowe, to nie był zwykłym dzieckiem. Był dzieckiem, którego coś interesowało. Nauka. Mechanika. Znajdował w sobie na tyle zapału, że trafił do elitarnej szkoły. Działo się tam wiele złych rzeczy, ale dzięki nabyciu niezłomności, poradził sobie, a samodzielnie nabyte umiejętności zaprowadziły go dalej od pozostałych.

Niestety realia wojny, nie pozwoliły Wernerowi na nic innego, jak tylko na służbę dla Wermachtu. Zresztą szkoła, do której trafił, miała za zadanie wybrać najlepszych, nauczyć bezwzględności, wysłać na front. Chłopak robił więc swoje. Dostrzegał propagandę Niemców. Widział, jak giną niewinni ludzie, którzy prześladowali go w snach. Dlatego był pewnego rodzaju ofiarą tej wojny. Tej samej wojny, której Marie-Laure odebrała najukochańszą osobę. Raz, drugi i trzeci... Światło, którego nie widać, to nie tylko historia tych dwojga, ale również obywateli oblężonych miast. Lęku i chęci ucieczki, bo nie tylko Polska tak cierpiała. To działo się w wielu innych miejscach. Aż trudno sobie uświadomić, że coś takiego spotkało świat.

Opisy wybuchów, wystrzałów, sypanych gruzów wydają się bardzo realistyczne. Tak bardzo, że tez to czułam i słyszałam. I też się bałam. Ta książka mocno trzyma w napięciu. Wbrew pozorom jest też bardzo dynamiczna. Rozdziały przeskakują od jednej, do drugiej postaci, przenikają się. Przechodząc przez nie, przechodzimy też przez życie bohaterów oraz II wojnę światową. Miłość, radość. Ból, krew i śmierć.

Nagroda Pulitzera dla Anthony'ego Doerra była jak najbardziej zasłużona. Światło, którego nie widać, to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Zawiera w sobie cały wachlarz uczuć, momenty, w których pęka serce i napływają do oczu łzy, ale też przebłyski radości. Oddaje lęki i życie ludzi podczas wojny. Pokazuje, że warto mieć nadzieje. Nic nigdy nie jest stracone.

Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze.



Autor: Anthony Doerr
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Tytuł: Światło, którego nie widać
Data wydania: 23 września 2015
Wydawnictwo: Czarna Owca
Kategoria: literatura współczesna
Ocena: 10/10




fot. Saint Malo: Lima Pix (CC); okładka: empik.com
Zobacz więcej >

Czym jest kreatywność?



Elizabeth Gilbert, autorka szeroko znanego bestsellera Jedz, módl się, kochaj, na którego podstawie powstał film, przyszła do czytelników z czymś innym niż powieść. Napisała poradnik o kreatywności, a właściwie nie poradnik tylko coś, co opowiada co jest źródłem kreatywności. Wielka Magia nią właśnie jest. Tak przynajmniej nazwała ją Gilbert i zdefiniowała w swój sposób.


Stworzona przez nią książka jest nie tylko prosta w odbiorze ze względu na język i dowcipne postrzeganie niektórych rzeczy, ale również przedstawienie mnóstwa autentycznych historii, by poprzeć swoje zdanie. Autorka opisała swoje oraz innych doświadczenia. Tym samym można traktować Wielką Magię jako coś wiarygodnego i jak najbardziej przemawiającego do odbiorców. Mnie przekonała. Pozwoliła, żeby jej uwierzyć. Postrzegam ją jako sympatyczną osobę i wspaniałego motywatora.

Tylko taka osoba w kilku krokach może pokazać człowiekowi jak powinien myśleć, by osiągnąć sukces. Sam spis treści sugeruje jaką drogą podążać. Należy zacząć od odwagi i skończyć na cieszeniu się efektami swojej pracy. Brzmi prosto i przyjemnie, ale musicie zdać sobie sprawę, że odważenie się do zrobienia czegokolwiek, nie jest tak proste jak matematyka w pierwszej klasie podstawówki. Wykonanie pierwszego punktu jest przepustką do odkrycia wielkiej magii, jaką jest kreatywność.

Nawet jeśli uważasz, że nie nadajesz się do zrobienia czegokolwiek, musisz siebie zapytać czy chcesz to robić czy nie. Wszystko zależy od Ciebie. Niezależne od tego, czy uważasz się za geniusza czy za zero, stwórz to, co czujesz, że musisz stworzyć, i pokaż to światu. Bez poddawania się szufladkowania i narażaniu swoich wrażliwych uszu bądź oczu na gadanie innych. Ludzie muszą gadać. Ty musisz tworzyć. W końcu nie możesz zignorować tego momentu, gdy kreatywny pomysł przyszedł do Ciebie.

Właściwie jak Elizabeth Gilbert opisała kreatywność? Oczywiście bliżej dowiecie się tego z książki, ale czy przyszło Wam kiedyś na myśl, że natchnienie żyje? Przechodzi od jednego do drugiego i czeka aż ktoś się za nie weźmie, pomoże mu się pokazać? Jeśli pierwsza osoba zaniedba natchnienie, ono odejdzie. Znajdzie kogoś innego i ten sam pomysł zostanie zrealizowany. Magia, nie? Autorka przedstawiła realną historią na poparcie swojego stwierdzenia. Tak się zadziało naprawdę. Od przeczytania tego fragmentu nie pozwalam natchnieniu ode mnie uciec, tylko staram się pomóc mu wyjść. Oczywiście kreatywność to nie tylko przypadkowe pojawienie się natchnienia, ale i ciężka praca. Nie tylko po to, by je przy sobie zatrzymać, ale by nabierać umiejętności, czekać, tworzyć... i być z siebie dymnym.

Jestem pod wrażeniem pomysłu na tę książkę. Na pewno pozytywnie mnie zaskoczyła, zmotywowała i podpowiedziała co robić. Bez zwątpienia wiedza w niej zwarta mi się przyda. Wielką Magię zapewne przeczytam jeszcze kilka razy. W końcu pozytywną energią trzeba ładować się codziennie. Zwłaszcza podaną w tak przystępnym wydaniu. Na pochwałę zasługuje okładka zaprojektowana przez Michała Pawłowskiego, która oddaje wizję kreatywności, przynajmniej moją.

A jak Wy postrzegacie kreatywność?


Autor: Elizabeth Gilbert
Tłumaczenie: Bożena Jóźwiak
Tytuł: Wielka Magia
Data wydania: 3 listopada 2015
Wydawnictwo: Rebis
Kategoria: literatura współczesna, poradnik
Ocena: 9.5/10






fot. okładki: http://www.rebis.com.pl/
Zobacz więcej >

Na co czekam? Grudniowe premiery by Melomol


Dzisiaj przychodzę w nową kategorią. W przyszłości chciałabym pisać tutaj też o wielkich eventach, na których byłam, więc już teraz zacznę je wyszukiwać, a gdy się uda, będę na nie chadzać. Także ja zaczynam coś nowego, a grudzień kończy rok 2015. Szybko leci. Zobaczcie, co dla Was przygotowałam!

Nie uwierzycie, ale calutki dzień szukałam, poprawiałam, zmieniałam, usuwałam, psułam, dodawałam... szablony na bloga. Lubię zmiany. Pewnie nie raz jeszcze coś tutaj poprzekręcam, ale na razie się ogarniam i zostawiam tak, jak jest. Prócz działu wydarzenia, w którym jest jedna propozycja - ale święta tuż tuż, więc uznaję to za wynagrodzenie - wszystko zostaje. 

KSIĄŻKA

Wydawnictwo Czarna Owca przygotowało trzy książki, których opisy bardzo mnie zaintrygowały. Byłabym niezmiernie szczęśliwa, gdybym już mogła je przeczytać. Spodziewam się naprawdę wspaniałych opowieści.

Jak też możecie zobaczyć poniżej, przedstawiam dwa wydawnictwa związane z Gwiezdnymi Wojnami. Śmiało mogę nazwać grudzień, miesiącem Star Wars. W końcu wielka premiera się zbliża (patrz Film). Pierwsza z nich, Gwiezdne Wojny. Jak podbiły wszechświat, jest dokładnie o tym, o czym mówi tytuł. Ktoś postara się nam wytłumaczyć fenomen przygód Jedi. Druga z kolei to historia nie tylko znanych z filmowej sagi bohaterów takich jak Anakin Skywalker czy budzący grozę Imperator, ale także mniej znanych postaci z uniwersum Star Wars.




MUZYKA

Tym razem postarałam się odkryć nową muzykę. Oprócz znanego mi Coldplay'a oraz Europe, spodobała mi się muzyka Find Me i Baroness. Jeśli lubicie rock, heavy metal i wszelkie podgatunki, to serdecznie polecam się zapoznać.




FILM

To tutaj jest moja najukochańsza premiera, na którą długo, długo czekałam. Kolejny epizod. Miecze świetlne. Galaktyki. Gwiezdne Wojny! Czy komuś trzeba przedstawiać ten film? Nawet jeśli nie oglądał (niech to zrobi), to na pewno zna tytuł i kojarzy jakieś charakterystyczne elementy typu memy z Yodą. Przebudzenie Mocy wejdzie do kin 18 grudnia. Absolutnie nie można tego przegapić! 


WYDARZENIE

Judas Priest po sukcesie koncertu w Łodzi, wracają do Polski. Coś ostatnio się lubimy z legendami heavy metalu. Dodatkowo jako support wystąpi kultowe UFO. Dwa w jednym. Fanów czeka wspaniała zabawa.



Wiem, na pewno coś ominęłam, ale to co najciekawsze jest. Już teraz mogę życzyć Wam wielkich prezentów pod choinkę. Pochwalicie się nimi potem. Niech Moc będzie z Wami!
Zobacz więcej >

Jennifer L. Armentrout - Opal

Jennifer L. Armentrout - Opal

Wątki miłosne rozwijają się powoli albo wybuchają od razu. Katy i Daeomon należą do tej drugiej grupy i jestem z tego bardzo zadowolona. Dlaczego? Tym razem przystojny Luksjanin pokazuje swoją romantyczniejszą stronę, ale w dziwny sposób nadal pozostaje taki... Inny. Jeśli od początku byłby tak zaangażowany, umarłabym z zacukrzenia. Czy cały tom zwraca się ku cukierkowej stronie, czy jednak jest trochę poważnych akcji? Zobaczmy!


Po powrocie zaginionego brata przychodzi czas na podjęcie trudnej decyzji. W zasadzie ocalony Dawson już ją podjął, ale kochające rodzeństwo nie wypuści go ot tak, aby szedł na śmierć. Postanawiają pomóc mu odzyskać ukochaną, co jest trudne. Pojawia się jednak nieoczekiwany gość, który oferuje pomoc, lecz nie ma niczyjego zaufania. Pojawia się pytanie podjąć ryzyko czy czekać. Nic nie robić, czy działać. 

Kolejny raz pozostajemy w ciągłym lęku, bo w każdej chwili cała grupa bohaterów może zostać schwytana. Nic nie jest pewne. Zero sugestii na to, na czym stoją. Podjęcie trudnej decyzji dodaje więcej napięcia, ale za to akcja toczy się wolniej niż poprzednio. Zresztą cały tom jest przygotowaniem do ostatecznej akcji, od której zależny wszystko. Jej zakończenie jest niespodziewane i okrutne. Nidy nie pomyślałabym, że takie coś może mieć miejsce. Dlatego też nie spodziewajcie się, że przewidzicie kolejne zdarzenia. Świetna przygoda gwarantowana.

Jeśli tylko nie zacznie was razić bardziej nasycony wątek miłosny. Tym razem wydał się mi on pospolity. Wrażenie deja vu - gdzieś to już widziałam. Wszystko, co dobre szybko się kończy. Nie znaczy to, że autorka przesadziła z efektem Amora. Niektóre momenty naprawdę są magiczne. Pokazują nowe spojrzenia  Katy i Daemona na ich uczucia. Zaczynają rozumieć, że przed niektórymi rzeczami nie należy się bronić, ale opisów uścisków się trochę namnożyło. 

Poza tym zauważyłam, że język książki się odrobinę zmienił. Jest dojrzalszy i bogatszy. Może to idzie w parze z przemianą Katy. Z nieśmiałej dziewczyny w silną kobietę. Taką, która już się nie boi i myśli trzeźwo. Z kolei Daemon odrobinę zmiękł. Wychylił się ze skorupki. W Opalu pokazał swoją bardzo nietypową, wrażliwą stronę. Te dwie postacie doskonale pokazują, jak można się przemienić pod wpływem drugiej osoby i nowych doświadczeń.

Tak jak wszystko się zmienia, seria Lux najwidoczniej też. Podkręcenie adrenaliny i niecierpliwości kosztem dodania bardziej rozbudowanych opisów wątku miłosnego, który czasem przedstawia bohaterkę w roli głupiutkiej laleczki. Rozszyfrowywania nowych spraw ciąg dalszy, ale w końcu dzieje się to, na co czytelnicy czekali przez poprzednie dwie części. Nie mogę zdradzić co dokładnie, jednakże czuję, że zaspokoiłam swoją ciekawość. 


Autor: Jennifer L. Armentrout
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Tytuł: Opal
Tytuł oryginału: Opal
Seria: Lux
Data wydania: 18 lutego 2015
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: science-fiction, fantasy
Liczba stron: 494
Ocena: 6/10

fot.: www.goodreads.com
Zobacz więcej >

John Flanagan - Turniej w Gorlanie

John Flanagan - Turniej w Gorlanie

Cofamy się w czasie do początku. Poznajemy to, co wcześniej było zamglone. Tak jak wizja młodego Halta. Halta ucznia, Halta... No właśnie, jakiego Halta? Przy szukaniu odpowiedzi na to pytanie, nie jedno zaskakuje. John Flanagan przedstawił jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów z innej strony. Płynny styl pisania pozostał. Można by rzec, iż autor nie wypadł z wprawy. Czy aby na pewno? 


Tym razem nie mamy odczynień z dalszymi przygodami Willa, lecz jego nauczyciela Halta oraz pozostałych postaci, z którymi ma potem styczność wspomniany młody zwiadowca. Turniej w Gorlanie  jest rozwinięciem opowiadania Hibernijczyk z jedenastego domu serii Zwiadowcy - jak zostajemy poinformowani na początku. Halt staje u boku Crowleya, aby wspólnie zaprzestać złych poczynań Morgarata. Okrutny władca pragnie rządzić całym Araluenem i ma bardzo podstępne plany. 

Morgarath był jedną z  postaci, za którymi tęskniłam. Dlatego też cieszę się, że autor do niego wrócił. Dlaczego wywarł na mnie takie wrażenie? Flanagan doskonale wykreował jego postać. Posępny i przebiegły facet, który wie, czego chce. W tej książce można było jeszcze bardziej wejść w jego umysł, usłyszeć myśli tego pewnego siebie człowieka i czuć jego strach, gdy przegrywał. Na szczęście miał to do siebie, że się nie poddawał (no bo co się będzie przejmował i tak jest mądrzejszy). Tej determinacji można by się od niego uczyć. Podobne cechy zresztą ma Halt, ale on należy do tego dobrego obozu i to jest zasadnicza różnica. Działa w słusznych sprawach. Nie szuka podziwu. Wręcz przeciwnie, jest skromny. Czytając o jego wczesnych latach, przekonujemy się, że zawsze taki był. Tymże razem dostaliśmy go w jeszcze nieoszlifowanej wersji. Potrafił być nieśmiały, a nawet płakał. Halt! Takie sceny z jego udziałem zawsze mnie poruszały.

Cecha, która również mu została, to na pewno cięty język. Dialogi, szczególnie te z Crowleyem, grożą niepohamowanym wybuchem śmiechu. W tej kwestii Flanagan się wykazał. To mi się w tym podoba. Że jego język jest swobodny. Nawet jak wplecie jakieś trudne słowa czy całe zdania, to nie jest się zbitym z pantałyku. Co prawda miałam czasami wrażenie, że niektóre zwroty akcji były nienaturalne. Musiały się wydarzyć tylko po to, żeby historia jakoś potoczyła się dalej. Gdzieś ginął pomysł, lecz potem szło to w zapomnienie, bo szykowała się dalsza podróż. 

Punkty kulminacyjne w książkach australijskiego pisarza, są zdecydowanie moimi ulubionymi. Wielka walka opisana w każdym szczególe. Trzeba naprawdę być znudzonym, żeby się w to nie wczuć. Jest tylko jeden minus. Nie da się w to nie wejść. Przed oczami pojawia się film i wraz z narratorem, operujemy kamerą, wychwytujemy najcenniejsze sytuacje. Czytać opis pojedynku między dwoma wielkim rycerzami, to jak czuć ich determinację, ból oraz obawy.

Kiedyś zaczęłam czytać, bo ktoś polecił mi Zwiadowców. Teraz to ja każe innym sięgnąć  po tę serię. Spokojnie mogłabym podsunąć Turniej w Gorlanie, ale co to za zabawa jak najpierw nie pozna się Halta z tej zamkniętej strony i nie przeżyje przygód z Willem. Na początek wielka akcja, a potem zagłębianie się w niuanse. Wtedy to naprawdę porywa. Autor dobrze zrobił, że zabrał czytelników w przeszłość. Pokazał, że mamy kontrolę na własnym życiem i to my je kreujemy. Możemy być ironiczni jak Halt lub weseli jak Crowley. Grunt, żebyśmy byli szczęśliwi. 


Autor: John Flanagan
Tłumaczenie: Zuzanna Byczek
Tytuł: Turniej w Gorlanie
Tytuł oryginału: The Tournament at Gorlan
Seria: Zwiadowcy - Wczesne Lata
Data wydania: 4 listopada 2015
Wydawnictwo: Jaguar
Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
Liczba stron: 360
Ocena: 7/10

Zobacz więcej >

Jennifer L. Armentrout - Onyks

Rzadko się zdarza, że wciągają mnie tego typu książki (ostatnio coś częściej). Jakaś dziewczyna, zwykła uczennica plus niezwykły chłopak, najlepiej z w ogóle innego gatunku o nieprzeciętnych umiejętnościach i wyglądzie wręcz idealnym. Jednakże rzadko nie znaczy wcale. Seria Lux jest tego najlepszym przykładem. Co zrobiła autorka, że drugi tom tak bardzo mnie zaintrygował? 


W życiu Katy pojawia się nowa postać. Ma w sobie coś niepokojącego, ale wyraźnie czegoś od niej chce. Czy ma dobre intencje, czy złe... nie interesuje to zazdrosnego Daemona, który widzi w tym człowieku coś nikczemnego. Dalsze wypadki wskazują na to, że Kat bardzo się pomyliła, ale jednocześnie kogoś zobaczyła i w pewnym sensie kogoś sprowadziła do domu. Cierpiała, kłamała i biła się z myślami - o sobie, o miłości i o tym, jak wszystko się spieprzyło. 

Onyks przynosi ze sobą niemałe zaskoczenia. Jest to dobra cecha, ponieważ nie ma ani chwili na nudę, odpoczynek i zastopowanie. Trzeba działać, szukać wyjścia i odpowiedzi. Bohaterzy bardzo mądrze sobie z tym radzą, co jest zasługą pisarki, bo nie pozostawia ona wątku bez odpowiedniego dokończenia, co się zdarzało w przypadku niektórych książek. Kolejne strony przekazują zupełnie naturalne odruchy i pytania. Brak sztuczności jest u mnie wysoko ceniony.

Tak samo, jak wątek miłosny, który nie jest przesadzony i słodycz nie wylewa się wiadrami. Wydaje się subtelny, a jednocześnie mocny i wyraźny. To zasługa sposobu wykreowaniu charakteru bohaterów. Katy jest z tych, uważających się za przeciętne, lecz ewoluuje w środku. Z kolei Daeomon jest silnym, dominującym gościem, wiedzącym czego chce i jak chce. Nie ma masy pocałunków oraz ciągłych motylów brzuchu, gdyż nie ma stałego gruntu i pewnego następnego dnia. Te chwile, w których są razem, są naprawdę celebrowane. Taka miłość dwóch stworzeń z innych planet kojarzy mi się z piosenką E.T. Katy Perry (zbieżność imion i nazwisk przypadkowa) - Your touch magnetizing, Feels like I am floating, Leaves my body glowing...


A Kat... Uwielbiam tę bohaterkę. Może dlatego, że w wielu sytuacjach przypomina mnie. Często postąpiłabym jak ona. Onyks jest czasem jej wielkiej przemiany. Wyciągając wnioski z jej metamorfozy, sama dostrzegam, że robię to samo. Ta dziewczyna stawia czoła naprawdę poważnym problemom i wykazuje się odwagą. Czasami jest lekkomyślna, ale mylić się jest rzeczą ludzką. Zwłaszcza jeśli chodzi o ważne dla niej osoby. Nawet te z kosmosu. 

Tak bardzo mnie to śmieszy. Wystrzegam się tego gatunku książek jak ognia. Tylko że ja... lubię ogień (nie jestem piromanem!) i prędzej czy później podejdę do niego, ogrzeje się ciepłem od niego płynącym, które będzie się zmieniało - raz przyjemnie rozgrzeje, a raz odrobinę za mocno przypiecze. W każdym razie zawsze będzie moim przyjacielem, jeśli tylko odpowiednio się do niego przybliżę. Tak jest z serią Lux. Wszystko kręci się wokół wartkiej akcji, która dla czytelnika jest tylko pozytywnym aspektem. Przechodząc do kolejnych części, coraz bardziej się plącze. Już Onyks pokazuje, iż nie mamy odczynień tylko ze słodką miłością, ale też pogonią za najważniejszymi w życiu wartościami. 


Autor: Jennifer L. Armentrout
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Tytuł: Onyks
Tytuł oryginału: Onyx
Seria: Lux
Data wydania: 17 września 2014
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: science-fiction, fantasy
Liczba stron: 522
Ocena: 8/10

Zobacz więcej >

Na co czekam? Listopadowe premiery by Melomol


Czas szybko leci, prawda? Listopad już się rozpoczął i znowu przynosi nowe premiery. Na niektóre czekałam długo. Pozostałe wpadły mi w oko i nie zamierzają przestać za mną chodzić. Trzeba się nimi zająć mimo obowiązków, które ciągle się nawarstwiają i zabierają te chwile przyjemności z książką czy filmem. Na co możemy liczyć w tym miesiącu? 


Odrobinę się ociepliło. Szkoda, że na tak krótko. Już niedługo zima, w sklepach widać ozdoby świąteczne. Aż trudno uwierzyć, iż zbliża się rok 2016, a w nim już oficjalnie zapowiedziany koncert Iron Maiden. Szczerze mówiąc nie liczyłam na nich tak szybko! W każdym razie jestem szczęśliwa i kto wie... może z kimś z Was zobaczę się we Wrocławiu. 

Po przedłużonym wstępie czas na "zwierzynę", którą zamierzam upolować. Zapraszam.


KSIĄŻKA

Po pierwsze doczekałam się Zwiadowców! Nawet przyszedł mi do głowy taki szalony pomysł, by znowu przeczytać całą serię, ale tak trochę mi dnia brakuje... Będę chyba miała pracowite ferie. Dla pani Olgi Tokarczuk też wypadałaby znaleźć kilka minut zwłaszcza, że już po raz drugi została nagrodzona Nike, a ja znam ją tylko z nazwiska. 

Za to jestem dość dobrze obeznana w twórczości youtuberów czy blogerów, a w listopadzie chyba się zmówili i zarzucili nas swoimi wydawnictwami. W poprzednim miesiącu nie wspomniałam o Radosławie Kotarskim, ale teraz nadrabiam z Red Listick Monster i jej poradnikiem makijażowym, który na pewno będzie (już jest) ogromnym sukcesem. Ku mojej uciesze, autorka na snapchacie zabrała swoich widzów do drukarni i pokazała jak powstaje owoc jej ciężkiej pracy (to dobra wiadomość dla mnie, bo jutro mam sprawdzian z technik drukowania). Z kolei z kanału Co Za Szycie narodził się pomysł na książkę o szyciu dla prawdziwych amatorów. To dziwne, bo szukałam czegoś takiego i... spadło mi z nieba (wraz ze świetną okładką Meri Wild, której bloga polecam). Kupuję maszynę! Wtedy może dzięki Kasi Tusk i Elementarzowi Stylu wykreuje coś, co będzie wyrażało mnie i tylko mnie.


MUZYKA

Muzycznie nie dzieje się nic, co by mnie zainteresowało. Przejrzałam strony internetowe zespołów, które słucham. Popatrzyłam na empikowe zapowiedzi i stwierdziłam, że tym razem cisza. Jedynie Dawid Podsiadło ma coś do pokazania. Bardziej cofnęłam się w tył i przesłuchałam kilka starszych wydawnictw. Naprawdę interesujących, ale to już temat na oddzielny wpis.


FILM

Filmowo mamy coś od Angeliny Jolie, czyli opowieść o kryzie w związku małżeńskim. Główne role należą do wcześniej wspomnianej aktorki i jej męża, którego na pewno znacie. Drugi film, jak sama nazwa wskazuje, odnosi się do dramatu Szekspira. Szczerze Wam powiem, że gdy go czytałam, bardzo mi się podobał, a coś na jego podstawie, może być naprawdę ciekawe i doda więcej dreszczyku.


Tyle premier uzbierałam i zastanawiam się nad wprowadzeniem kolejnego dzieła, w którym informowałabym o interesujących wydarzeniach (np.: koncerty, tragi), ponieważ jest tego naprawdę dużo. Owszem, nie poszłabym na wszystkie, ale czuje się lepiej ze świadomością, że o nich wiem. Też tak macie? Bylibyście zainteresowani dodatkowymi kilkoma zdaniami?

Pozdrawiam Was serdecznie :)  
Zobacz więcej >
Melomol © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka